W każdym razie okazało się, że wakacje nie przyniosły mi tyle czasu dla książek ile sobie wyobrażałam. Bądź, co bądź, jednak z kilkoma perełkami udało mi się zaprzyjaźnić i to z wielką przyjemnością.
Czerwiec spowijała atmosfera horroru i grozy, która emanuje z opowiadań „4 po północy”. Co prawda biorąc tę książkę w ręce myślałam, że to spójna powieść, a że jest ona dość znaczących rozmiarów (około 800 stron) miałam nadzieję na wciągającą, pełną barwnych postaci opowieść. Niestety w domu, gdzie doczytałam opisy na okładkach okazało się, że „4 po północy” to nie jedna, a cztery mini powieści, z których dwie zostały zekranizowane.

Czerwiec spowijała atmosfera horroru i grozy, która emanuje z opowiadań „4 po północy”. Co prawda biorąc tę książkę w ręce myślałam, że to spójna powieść, a że jest ona dość znaczących rozmiarów (około 800 stron) miałam nadzieję na wciągającą, pełną barwnych postaci opowieść. Niestety w domu, gdzie doczytałam opisy na okładkach okazało się, że „4 po północy” to nie jedna, a cztery mini powieści, z których dwie zostały zekranizowane.

Pierwsze z opowiadań nosi tytuł „LANGOLIERY” i jest to historia, która w 1995 roku doczekała się swojej ekranizacji. Niestety nie miałam przyjemności spędzić chwil z filmem, jednakże wydaje mi się, że kiedy kręci się na podstawie twórczości takiego mistrza pióra, jak King możliwości na spartaczenie takiej produkcji są niewielkie. Wracając jednak do słowa pisanego – fabuła ukazuje grupę ludzi, którza obudziwszy się po drzemce w samolocie zdają sobie sprawę, że większość ich współpasażerów, jak również piloci i obsługa w dziwny sposób zniknęli z pokładu maszyny. Wśród „ocalonych” jest jednak licencjonowany pilot, który, po naradach i pierwszym szoku, postanawia posadzić samolot na pasie najbliższego lotniska. Niestety z czasem okazuje się, że zniknięcie ludzi z samolotu nie jest największym problemem pasażerów dziwnego lotu.
Muszę przyznać, że fabuła jest wciągająca, a do tego wszechogarniająca atmosfera grozy, która sprawia, że od początku ma się świadomość, że stanie się coś złego i przerażającego i drży się nie wiedząc, kiedy to się stanie. Również idea przeszłości i przyszłości bardzo przypadła mi do gustu - znikających i powstających, kiedy w nie wkraczamy lub odchodzimy. Jednakże sama postać langolierów, jako tej złej istoty odrobinę mnie rozczarowała. Jakoś nie pasowały mi one do całości. Ta atmosfera grozy, o której mówiłam sprawiła, że spodziewałam się czegoś innego, co byłoby tym wcieleniem „zła”. Z czystym sumieniem, więc mogę powiedzieć, że to dobra historia, choć podobała mi się najmniej ze wszystkich przedstawionych.
Druga historia po północy nosi tytuł „TAJEMNICZE OKNO, TAJEMNICZY OGRÓD”. Czytając ją wciąż miałam nieodparte wrażenie, że gdzieś już miałam styczność z tą powieścią, jednakże nie mogłam sobie przypomnieć gdzie. W końcu jednak przed oczami stanęła mi twarz Johnnego Deepa i wtedy uświadomiłam sobie, że i to opowiadanie ma już swoją ekranizację, która miała swoją premierę w 2004 roku. Film powstał pod tytułem „Sekretne okno” i oglądałam go nim jeszcze sięgnęłam po książkę, ba nawet nim miałam świadomość, że scenariusz powstał na podstawie twórczości Kinga. Film, podobnie jak opowieść są na bardzo dobrym poziomie. Trzymające w napięciu z niespodziewanym zakończeniem. Przedstawia pisarza z dość znaczącym dorobkiem, który po rozstaniu z żoną postanawia odpocząć od świata i zaszywa się w letnim domku w małym miasteczku. Niestety spokojny i nastawiony na odpoczynek czas zmienia się w absurdalny dla pisarza koszmar, kiedy przed jego drzwiami pojawia się tajemniczy nieznajomy oskarżając bohatera o plagiat. Daje mu trzy dni na odnalezienie oryginału opowiadania i udowodnienia, że należy ono do niego. Z każdym krokiem, z pozoru banalna sprawa, zaczyna się coraz bardziej komplikować i przyprawiać bohatera o kłopoty większe niż te, których się spodziewał.
Za moje ulubione mogę bez skrupułów uznać historię numer trzy – „POLICJANT BIBLIOTECZNY”. Głównym bohaterem jest Sam Peebles, młody przedsiębiorca, który pewnego wieczora zgadza się pomóc znajomemu i wygłosić mowę na corocznym spotkaniu przedsiębiorców. W celu przygotowania przemowy udaje się on do publicznej biblioteki, by znaleźć książkę, która mu w tym pomoże. Trafia tam na dość ekscentryczną bibliotekarkę, która przypomina mu, co chwila by pamiętał o zwróceniu książki w terminie, inaczej będzie musiała wezwać policję biblioteczną. Sam ignoruje dziwną kobietę i zapomina o sprawie do czasu, kiedy okazuje się, że bibliotekarka wcale nie pracuje w miejskiej bibliotece, ba ludzie mówią, że pracowała ona na tym stanowisku wiele lat temu, a potem zniknęła bez słowa. Co gorsza nieistniejąca bibliotekarka domaga się zwrotu książki, która, jak z przerażeniem zauważa Sam, zaginęła bez śladu. Zaczyna się szalony wyścig z czasem i potworem, który nie powinien istnieć.
Opowieść ta przypadła mi tak bardzo do gustu ze względu po pierwsze na swoją tematykę. Po drugie bardzo spodobało mi się to, że King z banału używanego do straszenia dzieci niedotrzymujących terminu zwrotu książkę potrafił stworzyć historię, która przeraziłaby nie tylko dzieci. Świetne jest również rozwiązanie fabuły, jak również splot losów bohaterów, którzy z początku wydaje się, że nie mają żadnego znaczenia dla całości. I choć jest to tylko fikcja literacka, sprawiła, że tym razem poszłam zwrócić książki do miejskiej biblioteki kilka dni przed terminem :P
Ostatnią, czwartą opowieścią kończącą tom jest „POLAROIDOWY PIES”. Właściwie lekka historia o zawziętym chłopcu, który z okazji swych urodzin dostaje aparat polaroid, o którym zawsze marzył. Niestety aparat jest bardzo wyjątkowy – robi, jak się początkowo wydaje, to samo zdjęcie. Psa – wielkiego, groźnego i przerażającego z każdym zdjęciem coraz bardziej, a co gorsza stwór zamierza wydostać się ze swojego dwuwymiarowego świata.
Ta historia, choć równie ciekawa i wciągająca, jak pozostałe, momentami wywoływała u mnie znudzenie. Myślę, że wpływ na to miał fakt, że autor mocno skupił się na tym, co dzieje się z aktualnym posiadaczem aparatu niż na samym temacie jego niezwykłości. Do tego samo rozwiązanie akcji, na które czeka się z wytęsknieniem jest krótkie i konkretne. Mimo zdaniem nawet niezbyt straszne. Chyba opowieści o aparatach i zdjęciach nie wywołują u mnie takich pozytywnych odczuć, jak choćby o bibliotekach ;)