Książka o której chcę dziś napisać miała być lekka i przyjemna, by oderwać się na chwile od rzeczywistość. Wybrałam ją dlatego, że zrobiło się ostatnimi czasy po raz kolejny głośno o "Pięćdziesięciu twarzach Gery'a". Ekranizacja powieści miała pojawić się w kinach w walentynki, a bilety na premierę wyprzedały się jak świeże bułeczki. Sprzedaż książek znowu skoczyła i na każdej wystawie księgarni można było zobaczyć plakat reklamujący nowe wydanie z filmową okładką. Tak się składa, że mieszkam obok kina, zatem co dzień wracając z pracy wpadałam na tłumy kobiet oczekujące w kolejce na seans. Dodam, że to maleńkie kino - z dwoma czy trzema salami w małym angielskim miasteczku - sądzę, że dawno nie przeżyło takiego nalotu kinomanów. A ja i moi sąsiedzi takiego utrudnienia w dostaniu się do własnych mieszkań.
Jako, że "Greya" przeczytałam już dawno temu i nie zrobił na mnie wrażenia adekwatnego do rozgłosu jaki ta książka zdobyła, nie czułam wielkiej potrzeby aby owe wrażenie potwierdzać w kinie, za 16 funtów szczególnie. Jednakże jednocześnie z całym tym szumem wszędzie po raz kolejny zaczęły pokazywać się tytuły mające prezentować ten sam charakter literatury. Z ciekawości więc i jak mówiłam dla przeczytania czegoś lekkie sięgnęłam po jeden z takich tytułów.
"Gorący rytm" opowiada historię Jaca, młode basisty grającego w znanym rockowym zespole, którego życie doświadczało od najmłodszych lat, przez co zresztą zmaga się z problemami, które woli ukrywać głęboko w sobie. Podczas wieczoru kawalerskiego jednego z kolegów, w nocnym klubie, Jace poznaje Aggie - dziewczynę, która oprócz tańca na rurze, jest również profesjonalną dominą, zatem sprawia mężczyzną ból pomagający im osiągnąć spełnienie seksualne. Jace od początku wpada Aggie w oko, ale że jej doświadczenia z mężczyznami raczej nie wychodziły jej na dobre stara się trzymać ich na dystans. Jednakże Jace wraca do klubu i umawia się z Aggie na prywatną sesje - okazuje się bowiem, że ból jest tym czego mu potrzeba aby móc spokojnie przeżywać swoje życie. Od spotkania do spotkania nagle między parą nawiązuje się coś więcej niż tylko "biznesowe" relacje. Okazują się one być jednak trudne ze względu na przeszłość obojga bohaterów. Oczywiście jest w tym wszystkim też seks, prawdę mówiąc na początku powieści jest głównie seks. I tu pojawia się pierwsze odniesienie do "50 twarzy..." - o ile tam, nawet mimo dość specyficznych upodobań bohatera, autorka opisywała akty seksualne używając raczej stonowanych, wyważonych słów. W tej książce zdaje się, że zamysł był takie, aby była ostra, zatem i seks pełen jest "kutasów", "pieprzenia", "rżnięcia"oraz pozycji, zabawek i fetyszy, które mogą zaskoczyć. To niestety tworzy pewnego rodzaju problem według mnie. Dlaczego? Gdyż im bardziej akcja się rozwija tym bardziej związek bohaterów staje się intymny - zakochują się oni w sobie i starają się tworzyć typowy związek. Mówiąc więc o miłości, bliskości, wspólnej przyszłości, zwierzają się sobie z bolesnych wspomnień, a chwile potem przeskakujemy jakby w inną czasoprzestrzeń i znowu mamy "rżnięcie jej cipki, kiedy kolega wkłada jej kutasa w tyłek". Trochę to się ze sobą nie łączyło jak dla mnie, brakowało mi balansu między tym wszystkim. W Greyu, jeśli było słodko, to przynajmniej było konsekwentnie słodko przez cały czas. Tutaj trójkąt z kolegą z zespołu i wpychanie kutasów w tyłki mija się z "kocham cię i nie chcę byś mnie kiedykolwiek opuścił".
Podsumowując muszę niestety stwierdzić, że za dużo było elementów, które raziły w tej książce. Opisy seksu przeszkadzały w odbiorze fabuły, a gdyby tego było mało, jak dla mnie nie były też w większości ani seksowne, ani pociągające, a myślę, że w tego typu książkach taki jest ich cel. W końcu czytają je z reguły jedynie kobiety. Zapewne mogło być gorzej, ale nie było też dobrze. Sądzę, że na długi czas przekonałam się, że nie jest to literatura dla mnie.