wtorek, 20 marca 2012

Wiosna :)

         Muszę szczerze przyznać, że pięknie świecące w moje okno słoneczko i wyższe temperatury wpłynęły na mnie bardzo pozytywnie. Znowu mam chęć się uśmiechać, wstawać rano z łóżka nawet jak nie mam nic do zrobienia danego dnia. A co najważniejsze odzyskałam energię do działania, do robienia rzeczy, o których już zapomniałam, że przynoszą mi radość. 
            Ta piękna pogoda pchnęła mnie również w kierunku osiedlowej biblioteki, gdzie chciałam znaleźć coś ambitnego, jak "Boska komedia". Chyba na szczęście nie było jej tam tego dnia. Za to był Stephen King i zachęcająca okładka.


               "Skazani na Shawshank" to krótka historia człowieka, który za niewinność trafił do więzienia i przez lata musiał tam żyć i walczyć, mając za druha tylko nadzieję, że któregoś dnia los się odmieni i znowu stanie się wolnym człowiekiem. Historia, choć krótka, niesie ze sobą znaczący przekaz, że można osiągnąć to, czego się chce, jeśli się wierzy i ma się determinację do walki. Andy, główny bohater, miał poczucie swojej niewinności i marzenie o założeniu pensjonatu. 
               Oprócz zwykłej przyjemności z czytania, znalazłam też w opowiadaniu cytat, który pozostanie ze mną na długo:
             "Niektóre ptaki nie nadają się do życia w klatce, to wszystko. Ich pióra są zbyt barwne, śpiew zbyt słodki i głośny. Dlatego wypuszczacie je albo same wylatują, gdy otwieracie klatkę, żeby je nakarmić. I ta część was, która wie, że nie powinniście ich więzić, raduje się, a jednak po ich zniknięciu wasze mieszkanie jest o wiele smutniejsze i puste."

               "Skazani na Shawshank" - bardzo przyjemna opowieść, jak znalazł na wiosnę, która kojarzy się z nadzieją i nowym życiem. A do tego tak absorbująca, że dopiero czytając ostatnie zdania uświadomiłam sobie, że kiedyś, dawno oglądałam ekranizację ;) 

wtorek, 6 marca 2012

...bo czas tak szybko przemija...

Aż trudno uwierzyć, że już marzec. Jeszcze trudniej mi się nadziwić, że przez cały ten czas od początku rok miałam tak wiele zajęć, że udało mi się sięgnąć tylko do jednej książki.
Trudno mi sobie przypomnieć, co tak naprawdę pchnęło mnie do przeczytania tej powieści. Wiem tylko tyle, że do momentu przewrócenia pierwszej strony sądziłam, że to nużąca, zbyt długa i na pewno nie ciekawa pozycja. Jednak ostatecznie doszłam do wniosku, że w końcu przecież popieram zasadę, że nie można oceniać książki dopóki się jej nie przeczyta. I właśnie, dlatego w moich rękach znalazły się dwa pięknie wydane tomy powieści Margaret Mitchell „Przeminęło z wiatrem”.


Zaczynając lekturę nie wiedziałam o niej nic ponad to, że opisuje losy piękności z Południa Scarlett O’Hary oraz, że jej historię osadzono w czasach wojny secesyjnej. Zapewne nie jest to chluba nie znać klasyków literatury, ale jak już wspominałam kiedyś nie zwykłam czytać czegoś tylko dlatego, że ktoś, gdzieś „na górze” uznał, że powinno się to znać. Tak samo, jak nie odrzucam tego, co inni uznali za nieprzypadające do gustu.
W każdym razie zaczynałam bez uprzedzeń i bez zbytniego również entuzjazmu. I trudno powiedzieć, czy to dzięki temu, czy po prostu dzięki sile tej prozy, ale bez dwóch zdań zakochałam się w „Przeminęło z wiatrem”! Zatopiłam się w powieści bez reszty z nadzieją, że może ta historia nigdy się nie skończy. Oczarowało mnie Południe, bogaci i dumni ludzie cieszący się życiem i wydający wielkie bale i zabawy. Byłam tym pochłonięta tak mocno, że czytając zazdrościłam bohaterom, że mogli żyć w takich czasach. A nawet tak, że kiedy księga pierwsza dobiegła końca i jasne stało się, że od tego momentu Scarlett i wszyscy południowcy stracą cały ten przepych i piękno, jakie wokół siebie zbudowali, było mi szczerze żal i bałam się, że dalsza część przeniesie tylko nudne opisy wojny i strachu, jaki ona niesie.
Pomyliłam się jednak bardzo. Z każdym rozdziałem jest coraz ciekawiej, a ponad to nie można przewidzieć, przed jakimi trudami stanie Scarlett i jaki będzie jej sposób, aby temu sprostać. Mogę nawet powiedzieć, że dopiero po zakończeniu pierwszej księgi zaczęłam powoli darzyć sympatią Scarlett. Początkowo była jedynie rozwydrzoną dziewczynką wychowaną wśród usługującej jej służby, bogactwa rodziców i nadskakujących jej zauroczonych chłopców. Była niezbyt mądrą, wciąż knującą intrygi nieodpowiedzialną panienką, która nie zdawała sobie sprawy z oczywistości – że większość tego, co planowała zrobić było nierozważne i kończyło się dla niej źle. Jednak, gdy Scarlett została 17-letnią wdową z dzieckiem zaczęłam jej współczuć. Została sama, przez nikogo niezrozumiana z mnóstwem zakazów i surowych zasad wokół. A kiedy pomimo bólu i żalu po stracie matki dzielnie i z uporem własnymi rękami i niezłomnym charakterem odratowała ukochaną ziemię i swoją rodzinę, która do tego uważała ją za okrutną i bezwzględną zaczęłam darzyć ją szacunkiem. I polubiłam Scarlett O’Harę, nawet pomimo jej błędów i częstej lekkomyślności. Choć często przyłapywałam się na tym, że czytając powtarzałam pod nosem „nie rób tego Scarlett, tylko tego nie rób” to rozumiałam jej położenie. Zawsze samotna, niezrozumiana, brutalnie, w jednej chwili pozbawiona matki i wszystkiego, co było jej drogie i dawało poczucie bezpieczeństwa.
Aż do końca rozumiałam i akceptowałam wszystko oprócz jej naiwnej, młodzieńczej miłości do Ashleya. Od początku, gdy tylko odrzucił jej względy podczas barbecue w Dwunastu Dębach liczyłam, że szybko wyrzuci go ze swego serca. Ona jednak była uparta w swym naiwnym uczuciu aż do końca. Miała Retta, miała wszystko, co zaplanowała, że będzie mieć, a mimo to wciąż marzyła skrycie o Ashleyu i zbyt późno doszła do wniosku, że nie tak powinna była zrobić.
Dzięki „Przeminęło z wiatrem” spędziłam wiele godzin w Ameryce lat 80 odcinając się od mojej rzeczywistości – od zimy, szkoły, egzaminów. Zabierałam tą książkę ze sobą wszędzie, aby podczas każdej wolnej minuty móc wrócić ze Scarlett do Atlanty. I teraz po tych wszystkich godzinach z walczącym Południem wiem, że od dziś „Przeminęło z wiatrem” trafiło na moją prywatną listę klasyków, do których na pewno będę wracać z chęcią.
Muszę też dodać, że do głębi oczarowana książką postanowiłam też zobaczyć jej ekranizację, by zobaczyć, czy owszem jest taka wspaniała, jak to wszędzie pisano. Rozczarowałam się jednak, choć mocno mnie to nie zdziwiło. Jestem, bowiem zdecydowaną orędowniczką czytania i nawet o tych ekranizacje, które lubię i do których często wracam, nigdy nie powiem, że są lepsze od książek. Nic nie może zastąpić tego wspaniałego uczucia, gdy otwierasz książkę, by mogła opowiedzieć ci swoją historię. I nic nie jest tak cudowne jak szeleszczenie przewracanych kartek i ich zapach. Nic! Żaden film.