środa, 23 maja 2012

And the winner is...

             Zwycięstwo!! Pierwszy raz w życiu udało mi się coś wygrać i to w dodatku w prawdziwym konkursie z nagrodami :P

             Wzięłam udział w konkursie zorganizowanym przez administratorów bloga "Książki moja miłość". Zadanie polegało na rozwinięciu zdania na temat tego, co było dla mnie największą pułapką nowego roku. Pytanie wiązało się nierozerwalnie z nagrodą, którą była książka Jolanty Kwiatkowskiej "Pułapka nowego roku". I tą właśnie książkę udało mi się zdobyć.

              Muszę przyznać, że pisząc odpowiedź do głowy mi nie przyszło, że mam szansę na wygraną. Najczęściej nie mam szczęścia w tego typu rzeczach, więc kiedy kilka dni temu dostałam maila z prośbą o dane do wysyłki nagrody nie wierzyłam własnym oczom. Ale euforia była niesamowita!! Wiem, że to tylko kilkuset stronicowa książka, którą mogłabym sama kupić w księgarni za nie więcej niż 50zł. Jednak to uczucie, kiedy masz świadomość, że dostaniesz coś za darmo, jedynie w zamian za napisanie kilku zdań. Czuje się z tym naprawdę bardzo dobrze.

                  Teraz czekam z niecierpliwością, aż w końcu dojdzie do mnie ta pachnąca nowością publikacja. Niestety nie wiem, jak długo będę jeszcze czekać, gdyż dopiero dziś część nagród została wysłana i nie mam pewności, że to była ta część z moją nagrodą.

                    W każdym razie czekam z nadzieją, że to będzie ciekawa historia. Z reguły bowiem omijam większość polskich autorek. Oczywiście nie uważam, że piszą źle, czy nieciekawie. Po prostu ci zagraniczni łatwiej trafiają do rąk w bibliotece ;) A na kupowanie nowości niestety mnie nie stać, przynajmniej na razie. Kiedyś zbuduję sobie w domu bibliotekę i będę ją sukcesywnie uzupełniać nowymi pozycjami prosto z półek księgarni :D A na razie cieszę się tym, co mam i tym, co nadchodzi już, mam nadzieję, pocztą.

piątek, 4 maja 2012

Niespodziewanie, ale było o miłości

               Zawsze, po prostu za każdym razem, kiedy kończę czytać jakąś książkę jest mi ogromnie smutno, że nie ma już nic dalej. Gdy jestem w trakcie czytanie nie mogę się doczekać, by poznać zakończenie, nie stresować się już, co będzie z bohaterami, których polubiłam. Jednak, gdy już otwieram ostatnią kartkę czuję się rozczarowana, że tak szybko moja przyjemność się skończyła. 

              Tym razem zdarzyło mi się to przy powieści Stephanie Meyer "Intruz".


             Trafiła mi w ręce w bibliotece zupełnie przypadkowo, gdyż szukałam kolejnych dzieł Kinga. Kiedy, jednak wzięłam ją z półki i zobaczyłam nazwisko autorki "Zmierzchu" postanowiłam wziąć ją do domu, oczywiście rzecz jasna razem z powieścią Kinga :) 

              W zasadzie nie wiedziałam, czego się spodziewać,  gdyż nie czytałam nigdy do tej pory o tej pozycji. Zachęcił mnie, jednak opis na okładce, zgodnie z którym jest to pierwsza książka Meyer napisana z myślą o dorosłych. Uznałam, więc że różnić się będzie o "Zmierzchu", który należy do moich ulubionych lektur. Wtedy jednak nie miałam chęć na, powiedzmy sobie szczerze, dość rozckliwiony romans. I pod tym względem książka ani trochę mnie nie rozczarowała.

                Opowiada historię o duszach, które zamieszkują ciała ludzi, tym samym niszcząc ich świadomość. Działają w ich mniemaniu dla dobra planety, gdyż uważają ludzi za destrukcyjny gatunek, który głównie niszy, a one chcą żyć w spokoju, w zgodzie z naturą. Jednakże Wagabunda, która mieszkała już na wielu innych planetach. Tym razem zostaje wszczepiona w ciało Melanie i wbrew swym oczekiwaniom musi stanąć twarzą w twarz z okolicznościami, których się nie spodziewała. Melanie bowiem nie zamierza się poddać, mimo iż odebrano jej władze nad własnym ciałem. Jest w stanie kontaktować się z Wagabundą, a jej wspomnienia i wielka miłość do brata i ukochanego sprawia, że z natury dobra i współczująca dusza doznaje uczyć, o których nie miała do tej pory pojęcia. Ich rosnąca zażyłość, początkowo wroga potem zmieniająca się w przyjaźń, doprowadza je do kryjówki ludzi i daje początek niesamowitym wydarzeniom w ich wspólnym już życiu. 

               Historia i straszna i wzruszająca, pełna szczęścia, jak i smutku. Zdecydowanie nie jest to romans, ale opowieść o prawdziwych, silnych emocjach i uczuciach. O starciu między walką o własne życie, a wstrętem do przemocy i czynienia zła. A wraz z upływem akcji staje się też opowieścią o poświęceniu i czystej dobroci. Godny uznania jest również wątek miłości - początkowo wydawać się może, że przy takich okolicznościach happy end jest nie możliwy, przynajmniej taki, który zadowoliłby wszystkich. Jednak potem okazuje się, że wszystko jest możliwe. To chyba najbardziej urzekło mnie w tej opowieści. Im dalej czytałam, tym bardziej straciłam nadzieję, że rozwiązanie tej historii może być takie, żeby wszyscy bohaterowie mogli żyć długo i prawie szczęśliwie (nie licząc życia na kolonizowanej przez obcą formę życia planecie). Jednakże Meyer zupełnie mnie zaskoczyła układając wszystko tak, że nawet ja, zwolenniczka bajkowych, nierealnych happy endów, zostałam najzupełniej zaspokojona. 

               Wspaniałe jest również to, że wszystkiego jest w powieści w odpowiedniej ilości. Jest akcja i trzymające w napięciu zdarzenia. Ale jest też wiele momentów, kiedy można od tych napięć odpocząć, kiedy Wagabunda dzieli się z czytelnikiem najgłębszymi myślami i emocjami. Wszystko w odpowiednich proporcjach, co sprawia, że książka wciąga tak mocno, że sypiałam w nocy po 3 godziny. To pewnie przez to tak szybko ją skończyłam, ale cóż mogę poradzić na to, że jak już zanurzę się w historię, która mnie oczaruję nie potrafię się oderwać, nawet za cenę cieni pod oczami i ziewania przez cały kolejny dzień. 

                Na długo zapamiętam tą książkę. Szczególnie jeden z moich ulubionych fragmentów:
"(...) Z Ianem było inaczej, zupełnie inaczej, ponieważ Melanie nie kochała go tak jak ja. Dlatego kiedy mnie dotykał, doświadczałam czegoś głębszego i wolniejszego, przypominającego bardziej podziemną wędrówkę płynnych skał, ukrytych zbyt głęboko, by można było poczuć ich żar, lecz zarazem pozostających w ciągłym ruchu, który kształtuje od nowa posady świata. 
Moje ciało stało między nami jak całun gęstej mgły - wystarczająco jednak przezroczystej, bym mogła ją przejrzeć i odgadnąć, co się dzieje.
Zmieniałam się ja, nie Mel. Był to proces niemalże metalurgiczny, zachodzący głęboko we mnie, zaczęty dawno i zbliżający się ku końcowi. Ten długi pocałunek zwieńczył dzieło - zanurzył rozżarzone ostrze w zimnej wodzie, nadając mu trwały, niezniszczalny kształt. 
Znowu zaczęłam płakać, gdyż uświadomiłam sobie, że podobna zmiana musi zachodzić również w nim - w tym oto mężczyźnie, tak dobrym, że mógłby być duszą, i zarazem tak silnym, jak tylko człowiek być potrafi. 
Zbliżył usta do moich oczu, lecz było już za późno. Stało się.
- Nie płacz, Wando. Nie płacz. Zostaniesz ze mną.
 - Osiem pełnych żyć - szepnęłam łamiącym się głosem, tuląc usta do jego policzka. - Przez osiem pełnych żyć nie spotkałam nikogo, dla kogo zostałabym na jednej planecie, za kim powędrowałabym gdziekolwiek. Nigdy nie znalazłam sobie partnera. Dlaczego teraz? Dlaczego ty? Należysz do innego gatunku. Jak możesz być moim partnerem?
- Świat jest dziwny - odparł cicho. (...)" 

                  "Intruz" jak najbardziej 10 na 10 w mojej osobistej skali ocen. Choć pewnie zbyt obiektywna nie jestem. Ale co tam - mój blog, moje zasady :D