niedziela, 31 marca 2013

Nadrabianie strat cz.2


Gdy tylko Tolkien ze światem dzielnych hobbitów znalazła się na półce miałam w planach sięgnąć po nową powieść Rowling, autorki Harrego Pottera. Niestety okazało się to nie możliwe. Tym razem za sprawą koleżanki, która podczas wykładów na uczelni z zapałem pożerała kolejne kartki jakiejś powieści. Agatkę uwielbiam, ale zainteresowanie książką z jej strony było dla mnie pewnym zaskoczeniem, szczególnie kiedy zaczęła mnie namawiać do jej przeczytania.

Któregoś dnia przeczytałam jej przez ramię fragment, który akurat czytała. Trafiłam oczywiście na ten pikantny, po którym to robi się gorąco, szczególnie podczas początkowego czytania. I tak właśnie poruszona odważnymi scenami postanowiłam poddać się międzynarodowemu szaleństwu i jak miliony kobiet zapoznać się ze wszystkimi twarzami Greya.

Każda z trzech książek ma średnio około 600 stron. Czytając pierwszą część cieszyło mnie, że tyle emocji jeszcze przede mną, jednak mniej więcej w połowie drugiej części zaczęłam wątpić czy w ogóle dotrwam do końca. Nie można oczywiście powiedzieć, że jest to powieść zła. Ma swoje uroki i z pewnością czyta się ją łatwo i przyjemnie. Jednakże myślę, że sukces tej pozycji leży w scenach erotycznych jakie autorka odważnie umieściła w fabule. Trzeba jej przyznać, że takiej literatury było nie wiele do tej pory, więc początkowo istnienie tego rodzaju opisów początkowo zaskakuje i dodaje znacznej atrakcyjności czytaniu ;) Niestety powtarzanie wciąż tych samych schematów, a nawet tych samych słów w opisach seksu bohaterów sprawa, że w kolejnych tomach stają się one nudne, a nawet nadmiernie rozckliwione. Gdy następuje moment zmiany fascynacji w miłość opisy seksu już zupełnie tracą na atrakcyjności, zmieniając się w mdłe achy i ochy.

A fabuła? Cóż, prosta i niezbyt zaskakująca. Odejście Any od Greya na zakończenie pierwszego tomu to jedyną rzecz jakiej się nie spodziewałam. Jednak od chwili ich powrotu do siebie byłam już prawie na sto procent przekonana, że na końcu znajdę zakończenie w stylu „happy ever after”. Nie myliłam się oczywiście. Chyba, że ktoś się uprze i jako zakończenie potraktuje te ostatnie kilkanaście stron, w których autorka pokazała pierwsze spotkanie kochanków oczami Christiana (co zresztą jest bardzo zmyślnym pomysłem autorki). W każdym razie trylogia bardzo przewidywalna, a sama historia też raczej nie jest błyskotliwa – na pozór zupełnie niepasująca do siebie dwójka ludzi, z odmiennymi charakterami postanawia być razem bez względu na przeszkody, jak przed sobą napotkają. Powiewem nowości zapewne miał być problem Greya z seksem. Jednakże okazało się, że autorka postanowiła nie ciągnąc tego wątku zbyt długo – młody potentat rezygnuje z perwersji, stawiając narzeczoną ponad wszystko inne, co dla niego ważne. Gdyby chcieć zresztą zająć się oceną bohaterów zamysł autorki chyba zupełnie się nie sprawdził. Mroczny Grey, który miał być nieustępliwym, zimnym panem i władcą decydującym o wszystkim i wszystkich, nagle okazuje się małym, po uszy zakochanym chłopcem, który gotów jest na wszystko dla ukochanej. To raczej niewinna i nieśmiała początkowo Ana nagle staje się, moim zdaniem powodem wszystkich problemów. Od początku miała jasną sytuacje, wiedziała z kim się wiąże, ale zamiast dostrzegać całe dobro jakie dostawała od Christiana, ona wolała płacz, ciągłe wymagania i nie potrafiła nawet w zamian spełnić prostych próśb, jak niewłóczenie się po barach, gdy ściga ją szaleniec, psychopata.

Pozostawiając temat usposobienia bohaterów – trylogia o Greyu, a przede wszystkim szum i szaleństwo jakie wokół niej zapanowało, obiecywało literaturę jakiej jeszcze nie było. Miały być emocje i pikanteria. A jednak, zamiast tego jest ckliwa miłosna historyjka przeplatana ostrym seksem, który z czasem, zupełnie jak cała fabuła, staje się przewidywalny i wręcz nudny, szczególnie w drugiej części. Możliwe nawet, że bez drugiej części całość zyskała by na atrakcyjności. Część pierwsza zaskakuje odważnymi scenami i zakończeniem. W trzeciej bohaterowie uwikłani są w wydarzenia, które odwracają uwagę od ich miłości, dzięki czemu jest interesująco. A druga? Muszę przyznać, że po miesiącu od przeczytania nie pamiętam nawet, co w niej było. Jedynie przyjęcie oświadczyn i awans na stanowisko szefa wydawnictwa. Krótko mówiąc dwójka nie trzyma poziomu pozostałych części. Poziomu niezbyt wysokich lotów, ale z pewnością wyższego niż harlequiny. 


Nadrabianie strat cz.1


Mój brak czasu odrobinkę się przedłużył, mimo iż sesja szczęśliwie skończyła się w pierwszej połowie lutego. Jednak po niej, na kolejnym miejscu znalazła się przeprowadzka, a później zadomawianie się w nowym mieszkanku. Potem kilka imprez, jak parapetówka, urodziny, zacieśnianie lokatorskich więzi. Słowem – chwilę to wszystko potrwało.

Dziś, jednak jest czas na dwa słowa na temat powieść, z którą pożegnałam się 17 stycznia, mianowicie „HOBBIT, czyli tam i z powrotem”. Jej obecność na mojej półce spowodowana jest z jednej strony przez promocję filmu o tym samym tytule, a z drugiej dzięki mamie, którą zakupu tej pozycji postanowiła dokonać, a potem podarować ją mnie. Tak czy inaczej Tolkien zawitał w moich rękach po raz kolejny w życiu.

Początkowo wielką zaletą tej książki wydała mi się jej objętość. Dlaczego? Będę szczera – nie udało mi się ani razu, pomimo szczerych chęci i wielu prób, przebyć „Władcy Pierścieni” w całości. Uwielbiam film, ale to nagromadzenie opisów przyrody i krajobrazów jest tak męczące, że traciłam zainteresowanie fabuła, którą już i tak znałam. Tak, więc skromniutki, jednotomowy Hobbit zapowiadał, że tego wszystkiego, czego nie polubiłam we Władcy nie spotkam tutaj. Wielkim zatem dla mnie zdziwieniem było, gdy dowiedziałam się iż twórcy filmu postanowili podzielić go na trzy części. Zadawałam sobie pytanie skąd tyle fabuły w tej małej książeczce na trzy filmy po minimum 2 godziny każdy? Jak się potem okazało twórcy ekranizacji postanowili trochę odejść od oryginalnej koncepcji Tolkiena i zobaczymy, co im z tego wyjdzie. Pierwsza część sagi według mnie naprawdę warta zobaczenia, nawet pomimo pójścia na łatwiznę z zakończeniem.

Wracając jednak do książki – faktycznie nie posiada szeroko zakrojonych opisów królujących we Władcy, co jest dla mnie jej wielkim plusem. Fabuła również jak najbardziej ciekawa i momentami zaskakująca. Mniej to wszystko, jednak wydaje się być widowiskowe i emocjonalne. Pierścień, który zmienił później losy świata zostaje przez Bilba odnaleziony zupełnie przez przypadek, tak jak i jego właściwości. Bark elementu, który trzymałby w napięciu. Jest, co prawda cała wyprawa i okrutny, krwiożerczy smok. Jednak gdzie zło, które zamierza zniszczyć świat, jak znają bohaterowie? Gdzie emocje mijającego czasu, który im dłużej płynie tym bardziej przybliża godzinę klęski i niepowodzenia misji? Krótko mówiąc jest w Hobbicie interesująca wyprawa, pełna przygód i wrogów czekających za uskokiem skalnych, ale nie ma tego czegoś, co zbudowało by prawdziwie silne napięcie, dzięki któremu człowiek chce przeczytać kolejną kartkę, byleby tylko dowiedzieć się czy bohaterskie stwory uratują swój świat, czy może ugną się przed czarną siłą zła.

Również samo zakończenie rozczarowało mnie w pewnym stopniu. Wielka krasnoludzka wyprawa, której najważniejszym celem jest zabicie smoka i odzyskanie swojego dawnego królestwa. Wielkie niebezpieczeństwa i niedogodności na drodze do tego celu, aby na końcu wszystko ułożyło się tak, że krasnoludy smoka nawet na oczy nie zobaczyły, a ten zgładzony został przez zupełnie niespodziewaną, właściwie nie zbyt ważną dla całości fabuły postać. Liczyłam na rozlew krwi, zaciętą walkę z podstępem i emocjami, a dostałam niezbyt widowiskową scenę. Pozostaje mi liczyć, że w przynajmniej w filmie postawią na rozmach.

Konkludując, powieść jak najbardziej do przeczytania, gdyż jest ciekawa i naprawdę dobrze się ją czyta. Bywa smutna, zaskakująca, zabawna, jak i straszna. Jednakże po tak szerokiej kampanii reklamowej zapowiadającej kolejny wielki hit Tolkiena spodziewałam się, że z wrażenia spadną mi buty. Niestety, buty zostały na swoim miejscu, a książkę właściwie bez żalu odłożyłam na półkę.