Mój brak
czasu odrobinkę się przedłużył, mimo iż sesja szczęśliwie skończyła się w
pierwszej połowie lutego. Jednak po niej, na kolejnym miejscu znalazła się
przeprowadzka, a później zadomawianie się w nowym mieszkanku. Potem kilka
imprez, jak parapetówka, urodziny, zacieśnianie lokatorskich więzi. Słowem –
chwilę to wszystko potrwało.
Dziś, jednak
jest czas na dwa słowa na temat powieść, z którą pożegnałam się 17 stycznia, mianowicie
„HOBBIT,
czyli tam i z powrotem”. Jej obecność na mojej półce spowodowana jest z
jednej strony przez promocję filmu o tym samym tytule, a z drugiej dzięki
mamie, którą zakupu tej pozycji postanowiła dokonać, a potem podarować ją mnie.
Tak czy inaczej Tolkien zawitał w moich rękach po raz kolejny w życiu.
Początkowo
wielką zaletą tej książki wydała mi się jej objętość. Dlaczego? Będę szczera –
nie udało mi się ani razu, pomimo szczerych chęci i wielu prób, przebyć „Władcy
Pierścieni” w całości. Uwielbiam film, ale to nagromadzenie opisów przyrody i
krajobrazów jest tak męczące, że traciłam zainteresowanie fabuła, którą już i
tak znałam. Tak, więc skromniutki, jednotomowy Hobbit zapowiadał, że tego
wszystkiego, czego nie polubiłam we Władcy nie spotkam tutaj. Wielkim zatem dla
mnie zdziwieniem było, gdy dowiedziałam się iż twórcy filmu postanowili
podzielić go na trzy części. Zadawałam sobie pytanie skąd tyle fabuły w tej
małej książeczce na trzy filmy po minimum 2 godziny każdy? Jak się potem
okazało twórcy ekranizacji postanowili trochę odejść od oryginalnej koncepcji
Tolkiena i zobaczymy, co im z tego wyjdzie. Pierwsza część sagi według mnie
naprawdę warta zobaczenia, nawet pomimo pójścia na łatwiznę z zakończeniem.
Wracając
jednak do książki – faktycznie nie posiada szeroko zakrojonych opisów królujących
we Władcy, co jest dla mnie jej wielkim plusem. Fabuła również jak najbardziej ciekawa
i momentami zaskakująca. Mniej to wszystko, jednak wydaje się być widowiskowe i
emocjonalne. Pierścień, który zmienił później losy świata zostaje przez Bilba
odnaleziony zupełnie przez przypadek, tak jak i jego właściwości. Bark
elementu, który trzymałby w napięciu. Jest, co prawda cała wyprawa i okrutny,
krwiożerczy smok. Jednak gdzie zło, które zamierza zniszczyć świat, jak znają
bohaterowie? Gdzie emocje mijającego czasu, który im dłużej płynie tym bardziej
przybliża godzinę klęski i niepowodzenia misji? Krótko mówiąc jest w Hobbicie
interesująca wyprawa, pełna przygód i wrogów czekających za uskokiem skalnych,
ale nie ma tego czegoś, co zbudowało by prawdziwie silne napięcie, dzięki
któremu człowiek chce przeczytać kolejną kartkę, byleby tylko dowiedzieć się
czy bohaterskie stwory uratują swój świat, czy może ugną się przed czarną siłą
zła.
Również samo
zakończenie rozczarowało mnie w pewnym stopniu. Wielka krasnoludzka wyprawa,
której najważniejszym celem jest zabicie smoka i odzyskanie swojego dawnego
królestwa. Wielkie niebezpieczeństwa i niedogodności na drodze do tego celu,
aby na końcu wszystko ułożyło się tak, że krasnoludy smoka nawet na oczy nie
zobaczyły, a ten zgładzony został przez zupełnie niespodziewaną, właściwie nie
zbyt ważną dla całości fabuły postać. Liczyłam na rozlew krwi, zaciętą walkę z
podstępem i emocjami, a dostałam niezbyt widowiskową scenę. Pozostaje mi
liczyć, że w przynajmniej w filmie postawią na rozmach.
Konkludując,
powieść jak najbardziej do przeczytania, gdyż jest ciekawa i naprawdę dobrze
się ją czyta. Bywa smutna, zaskakująca, zabawna, jak i straszna. Jednakże po
tak szerokiej kampanii reklamowej zapowiadającej kolejny wielki hit Tolkiena
spodziewałam się, że z wrażenia spadną mi buty. Niestety, buty zostały na
swoim miejscu, a książkę właściwie bez żalu odłożyłam na półkę.

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz