środa, 10 września 2014

Potok wylanych łez

          Od kiedy mój dostęp do biblioteki został drastycznie ograniczony wybór kolejnych pozycji czytelniczych miesiąca odbywa się na wiele zaskakujących sposobów. Choćby książka, o której zamierzam mówić - nie byłam nawet świadoma jej istnienia. Czasem zastanawiam się czy to nie świadczy o mnie źle, jako o zapalonej czytelniczce, ale wybór autorów i tematów przez nich poruszanych jest tak szeroki, że ciężko być ze wszystkim na bieżąco. Nie o tym jednak miałam mówić... 

          Jakiś czas temu przeglądałam jedną z witryn internetowych przedstawiającą wybór kinowych nowości. Tam po raz pierwszy w oczy rzucił mi się tytuł "GWIAZD NASZYCH WINA". Nie zaszczyciłam go jednak większą uwagą. Dopiero po jakimś czasie, gdy na tej samej witrynie zobaczyłam go znowu poświęciłam mu chwilę czasu i przeczytałam opis. W nim też wspomniano, iż owy film jest ekranizacją powieści Johna Greena. Odszukałam, więc książkę o tym samym tytule i zdecydowałam od niej zacząć przygodę. 


          Muszę przyznać, że sam opis nie zachęcił mnie do jej przeczytania. Byłam dość sceptyczna, co do historii opowiadającej o chorej na raka dziewczynie. Pomyślałam, że będzie przede wszystkim smutno i (nie wiedzieć skąd taka myśl) zakończy się śmiercią bohaterki. Jednakże ze względu na fakt, iż po Kingu postanowiłam zmienić tematykę, dałam szansę Johnowi Greenowi. I bardzo cieszę się, że to zrobiłam. Dawno już nie czytałam nic tak wspaniałego - pokochałam tą książkę wielką miłością. Jest zabawna, wyważona i nieszablonowa, pomimo tematu jaki podejmuje. Jak wspominałam bohaterką opowieści jest 
szesnastoletnia Hazel chora na raka płuc, której życie trwa wciąż dzięki eksperymentalnej terapii i butli z tlenem, bez której nigdzie nie może się ruszyć. Jednakże Hazel ogranicza się jedynie do przesiadywania w domu z książkami jako jedynymi przyjaciółmi. Wciąż podkreśla, że lepiej dla wszystkich byłoby gdyby już nie żyła, że życie z rakiem nie jest sielanką, ale jeszcze gorsze jest wszechobecne współczucie innych, Zmuszona przez mamę pewnego dnia wybiera się na spotkanie grupy wsparcia, gdzie poznaje Augustusa - chłopaka, który w wyniku raka stracił nogę. Gus wydaje się być bardzo zafascynowany Hazel, dla której jest to wielkim zdziwieniem. Zaczynają oni spędzać ze sobą coraz więcej czasu, a Gus pokazuje dziewczynie, że życie z rakiem też może być piękne. Oboje mają zresztą takie same spojrzenie na ową chorobę - walczą z mitem, że chorzy na raka do końca swoich dni dzielnie stawiają czoła swojej chorobie, raczej proszą o śmierć, kiedy jest już tak źle, że nadzieja na poprawę umiera. Wśród tych egzystencjalnych rozmów o życiu i śmierci, o sensie trwania i potrzebie pozostawienia po sobie śladu na ziemi rodzi się między nimi uczucie. Niby nastoletnia miłość, jednakże silniejsza, bo podszyta chorobą i walką o życie.       

          "Nie masz wpływu na to, że ktoś cię zrani na tym świecie, ale masz coś do powiedzenia na temat tego, kim ta osoba będzie". 

          Oddanie Gusa od początku ściskało mnie za serce. Odwracałam każdą następną stronę z lękiem czekając na moment, w którym okaże się, że rak wygrał z miłością i w końcu pozbawił Hazel tlenu w płucach. Kiedy pojawił się moment, w którym dziewczynie się pogarsza czytałam już rozszyfrowując wyrazy przez łzy. Dopiero po jakimś czasie uświadomiłam sobie, że jestem w połowie powieści, więc nie jest to raczej moment, który autor uznałby za odpowiedni do uśmiercenia swojego bohatera. Potem pojawia się Amsterdam - podróż w ramach spełnienia ostatniego marzenia przed śmiercią. Muszę przyznać, że ten motyw sprawił tylko, że jeszcze bardziej doceniłam tą książkę. Kocham to miasto, jak żadne inne miejsce na świecie. Ma taki cudowny klimat, dzięki któremu człowiek czuje się tam taki wolny i niezależny, jakby mógł zrobić wszystko, co tylko sobie zamarzy. Green zdaje się mieć takie same zdanie, gdyż wspaniale ujął to opisując wspólne chwile Gusa i Hazel w Amsterdamie. Potem jednak następuje moment tragiczny, moment, którego się nie spodziewałam. I mimo, iż pojawia się potem jeszcze kilka rozdziałów płakałam już właściwie przez cały czas. Zakończenie było już istnym potokiem łez, a po przeczytaniu ostatnich zdań byłam jak mała dziewczynka powtarzająca, że to niesprawiedliwe oraz że nie tak miało być. 



          Następnego dnia po zakończeniu książki uznałam, że warto zobaczyć film, skoro to przez niego trafiłam na Greena. Włączyłam go całkiem pewna, że po tych wszystkich łzach podczas czytania obejrzę go właściwie bez emocji. Jakże się myliłam!! Przepłakałam prawie cały - jak tylko zobaczyłam pierwszych kilka scen wiedziała, co będzie dalej i emocje wzięły górę. Ostatnio tak płakałam oglądając po raz nie-wiem-już-nawet-który "Pamiętnik". Wszystko to sprawiło, że przez kilka następnych dni nie mogłam się pozbierać i sięgnąć po kolejną powieść. Czułam, że taka historia zasługuje na to, aby ją celebrować i przeżyć po niej żałobę. Tak, brzmi śmiesznie, ale ci którzy potrafią docenić piękno literatury zapewne znają to uczucie...   Cieszę się, że sięgnęłam po "Gwiazd naszych wina" i że wylałam nad nią to morze łez. To książka bardzo warta przeczytania. Piękna i wartościowa! Myślę, że jeszcze kiedyś do niej wrócę. 

wtorek, 2 września 2014

Znowu z Kingiem



           Od czasu przeprowadzki czytanie stało się utrudnione – nie ma tu bibliotek z polskimi książkami, a mój angielski nie jest na tyle dobry by czytać powieści w tym języku. Przekonałam się o tym, gdyż podjęłam próbę idąc do pobliskiej biblioteki by znaleźć coś, na czym mogłabym przećwiczyć swoje możliwości. Wybrałam oczywiście Spehena Kinga – wielką frajdą bowiem jest poznanie twórczości ulubionego autora w oryginale, nie w przekładzie. Plan był taki aby sięgnąć po coś, co już znam, aby łatwiej rozumiało mi się tekst. Niestety, okazało się, że moja nowa biblioteka jest zbyt mała by poszczycić się znaczącą kolekcją książek Kinga – znalazłam jedynie dwie. Wybrałam tę, którą jakiś czas wcześniej, jeszcze będąc w Polsce chciałam zakupić w księgarni – „Doktor Sen”.


            Zacznę od tego, że przewracając pierwsze kartki nie miałam świadomości, że powieść ta jest kontynuacją „Lśnienia” – nie czytałam bowiem recenzji, ani żadnych opisów dotyczących tej pozycji. Autor nawiązuje jednak do swego kultowego horroru już na pierwszych stronach. Przeraziło mnie to odrobinę, gdyż (choć wstyd się przyznać) nigdy „Lśnienia” nie przeczytałam. Powód jest dość prozaiczny – będąc dzieckiem, zbyt małym zresztą na tego typu kino, obejrzałam filmową adaptację dzieła, która przeraziła mnie na tyle, że przez długi czas nie miałam odwagi sięgnąć po tę książkę. Może to wydaje się zabawne, ale dobra książka potrafi zapewnić mi koszmary na wiele nocy i przerazić mnie skuteczniej niż jakikolwiek film. Z czasem, kiedy poczułam się gotowa na koszmary „Lśnienia” wciąż odkładałam ten moment na później, gdyż uznałam, że dzięki filmowi fabuła jest mi znana, a zawsze było tyle innych kingowskich powieści, których wciąż nie znam. Takim to sposobem znalazłam się na kanapie z kontynuacją dzieła, którego nie znałam właściwie zbyt dobrze (film bowiem zawsze pozostanie dla mnie tylko słabą namiastką książki, nie przekazującą wszystkiego czego na kartkach dowiedzieć się można). I właśnie to mnie odrobinę zaniepokoiło, że zagłębię się w treść, gdzie znajdę wiele nawiązań do pierwszej części, których nie pojmę, co przeszkodzi mi w odbiorze fabuły. Okazało się, że moje obawy okazały się bezpodstawne.
            „Doktor Sen” opowiada historię Dana Torrance, który dawno przestał być już dawno małym chłopcem. Jest mężczyzną, który musiał iść przez życie ze swoim talentem/przekleństwem nie zawsze sobie z nim radząc. Dlatego zaczął pić i robił to coraz częściej, aż w końcu alkohol stał się jego sposobem na przetrwanie. Skupiamy się na jego historii w momencie, kiedy traci kolejną pracę, budzi się skacowany u boku jakiejś przypadkowo poznanej w barze kobiety bez pieniędzy i świadomości wydarzeń poprzedniego wieczoru. Próbując ogarnąć się na tyle by móc funkcjonować zauważa w domu małego chłopca, syna przypadkowej partnerki, który próbuje sięgnąć po pozostawioną w nocy na stoliku przez Dana i kobietę kokainę. Mężczyzna zapobiega temu, ale bez większej właściwie skruchy zabiera z portfela kobiety pieniądze i pozostawia ją bez słowa wraz z jej synkiem. Potem przez długi czas męczy go z tego powodu sumienie, ale zagłusza je alkoholem. Z powodu utraty pracy i właściwie wszystkich perspektyw w dotychczasowym mieście rusza w drogę by znaleźć sobie nowy dom. Wsiada do autobusu i jedzie tak długo, aż jakiś głos w jego głowie mówi, że pora wysiadać. Dociera do małego miasteczka, gdzie po jakimś czasie zaczyna pracować w hospicjum. Dzięki swoim zdolnościom pomaga staruszkom przejść w spokoju i bez strachu do krainy śmierci, dlatego zaczynają go nazywać doktor Sen. Rozpoczyna również leczenie w grupie AA by w końcu zerwać z piciem. Przez to nie może już zagłuszać głosów w swojej głowie, ale radzi sobie z tym całkiem nieźle aż do momentu pojawienia się małej Abry. Dziewczynka jest drugą ważną postacią tej powieści – ma wiele niezwykłych zdolności, które przerażają jej rodziców. Nie wydają się być jednak groźne dopóki dzięki nim nie wplątuje się w kłopoty z grupą, która nazywa siebie Prawdziwym Węzłem. To istoty, które żywią się, jak sami to określają, parą wysysaną z przerażenia umierających dzieci, a najbardziej wartościowe są dla nich dzieci właśnie tak wyjątkowe jak Abra. W odpowiednim momencie losy ich wszystkich – Dana, Abry i Prawdziwego Węzła – łączą się prowadząc do tym razem nie aż tak bardzo zaskakującego zakończenia.
            Powieści tej nie nazwałabym horrorem – jest w niej wiele postaci z niesamowitymi talentami, jednak Prawdziwy Węzeł, główny czarny charakter, nie przeraża aż tak bardzo. Jest właściwie jak inni porywający i mordujący dzieci psychopaci, godny pożałowania i zasługujący na karę. Fabuła jest jednak wyjątkowo wciągająca, szczególnie od momentu, kiedy Abra i Dan w końcu się poznają. Ich historia i to, co ich łączy jest jedną z rzeczy, której na pewno się nie spodziewałam. Świetny rozwój akcji i bardzo przyjemne zakończenie. Pikanterii dodają trzymające w napięciu momenty, szczególnie związane z pościgiem za Prawdziwymi i zapewnianiem Abrze bezpieczeństwa przed nimi. Warto jednak zwrócić uwagę, że większość akcji z tym związanej to ostatnia część książki. Pierwsze dość mocno skupiają się na Danie i na jego życiu, na jego wychodzeniu z problemu alkoholowego. Autor pokazuje nam jak wiele wysiłku musiał włożyć, jak wiele cierpliwości wykazywać co dnia by wytrwać w trzeźwości. I o ile trudniejsze było to dla niego niż dla innych, gdyż posiadał swój niezwykły dar, przez którego bywał dręczony.

            Podsumowując książka okazała się naprawdę świetną pozycją, kolejną w dorobku Kinga. I kolejną, która upewniła mnie w przekonaniu, że to jeden z moich ulubionych autorów, bez którego nie mogłabym zbyt długo żyć. Świetnie spędziłam czas z tą powieścią i z czystym sumieniem oceniłabym ją na 9 w dziesięciopunktowej skali.