Od czasu przeprowadzki czytanie stało się utrudnione – nie ma
tu bibliotek z polskimi książkami, a mój angielski nie jest na tyle dobry by
czytać powieści w tym języku. Przekonałam się o tym, gdyż podjęłam próbę idąc
do pobliskiej biblioteki by znaleźć coś, na czym mogłabym przećwiczyć swoje możliwości.
Wybrałam oczywiście Spehena Kinga – wielką frajdą bowiem jest poznanie
twórczości ulubionego autora w oryginale, nie w przekładzie. Plan był taki aby
sięgnąć po coś, co już znam, aby łatwiej rozumiało mi się tekst. Niestety,
okazało się, że moja nowa biblioteka jest zbyt mała by poszczycić się znaczącą
kolekcją książek Kinga – znalazłam jedynie dwie. Wybrałam tę, którą jakiś czas
wcześniej, jeszcze będąc w Polsce chciałam zakupić w księgarni – „Doktor Sen”.
Zacznę od
tego, że przewracając pierwsze kartki nie miałam świadomości, że powieść ta
jest kontynuacją „Lśnienia” – nie czytałam bowiem recenzji, ani żadnych opisów
dotyczących tej pozycji. Autor nawiązuje jednak do swego kultowego horroru już
na pierwszych stronach. Przeraziło mnie to odrobinę, gdyż (choć wstyd się
przyznać) nigdy „Lśnienia” nie przeczytałam. Powód jest dość prozaiczny – będąc
dzieckiem, zbyt małym zresztą na tego typu kino, obejrzałam filmową adaptację
dzieła, która przeraziła mnie na tyle, że przez długi czas nie miałam odwagi
sięgnąć po tę książkę. Może to wydaje się zabawne, ale dobra książka potrafi
zapewnić mi koszmary na wiele nocy i przerazić mnie skuteczniej niż jakikolwiek
film. Z czasem, kiedy poczułam się gotowa na koszmary „Lśnienia” wciąż
odkładałam ten moment na później, gdyż uznałam, że dzięki filmowi fabuła jest
mi znana, a zawsze było tyle innych kingowskich powieści, których wciąż nie
znam. Takim to sposobem znalazłam się na kanapie z kontynuacją dzieła, którego
nie znałam właściwie zbyt dobrze (film bowiem zawsze pozostanie dla mnie tylko
słabą namiastką książki, nie przekazującą wszystkiego czego na kartkach
dowiedzieć się można). I właśnie to mnie odrobinę zaniepokoiło, że zagłębię się
w treść, gdzie znajdę wiele nawiązań do pierwszej części, których nie pojmę, co
przeszkodzi mi w odbiorze fabuły. Okazało się, że moje obawy okazały się bezpodstawne.
„Doktor Sen”
opowiada historię Dana Torrance, który dawno przestał być już dawno małym
chłopcem. Jest mężczyzną, który musiał iść przez życie ze swoim
talentem/przekleństwem nie zawsze sobie z nim radząc. Dlatego zaczął pić i
robił to coraz częściej, aż w końcu alkohol stał się jego sposobem na
przetrwanie. Skupiamy się na jego historii w momencie, kiedy traci kolejną
pracę, budzi się skacowany u boku jakiejś przypadkowo poznanej w barze kobiety
bez pieniędzy i świadomości wydarzeń poprzedniego wieczoru. Próbując ogarnąć
się na tyle by móc funkcjonować zauważa w domu małego chłopca, syna
przypadkowej partnerki, który próbuje sięgnąć po pozostawioną w nocy na stoliku
przez Dana i kobietę kokainę. Mężczyzna zapobiega temu, ale bez większej
właściwie skruchy zabiera z portfela kobiety pieniądze i pozostawia ją bez
słowa wraz z jej synkiem. Potem przez długi czas męczy go z tego powodu
sumienie, ale zagłusza je alkoholem. Z powodu utraty pracy i właściwie
wszystkich perspektyw w dotychczasowym mieście rusza w drogę by znaleźć sobie
nowy dom. Wsiada do autobusu i jedzie tak długo, aż jakiś głos w jego głowie
mówi, że pora wysiadać. Dociera do małego miasteczka, gdzie po jakimś czasie
zaczyna pracować w hospicjum. Dzięki swoim zdolnościom pomaga staruszkom przejść
w spokoju i bez strachu do krainy śmierci, dlatego zaczynają go nazywać doktor
Sen. Rozpoczyna również leczenie w grupie AA by w końcu zerwać z piciem. Przez
to nie może już zagłuszać głosów w swojej głowie, ale radzi sobie z tym całkiem
nieźle aż do momentu pojawienia się małej Abry. Dziewczynka jest drugą ważną
postacią tej powieści – ma wiele niezwykłych zdolności, które przerażają jej
rodziców. Nie wydają się być jednak groźne dopóki dzięki nim nie wplątuje się w
kłopoty z grupą, która nazywa siebie Prawdziwym Węzłem. To istoty, które żywią
się, jak sami to określają, parą wysysaną z przerażenia umierających dzieci, a
najbardziej wartościowe są dla nich dzieci właśnie tak wyjątkowe jak Abra. W
odpowiednim momencie losy ich wszystkich – Dana, Abry i Prawdziwego Węzła – łączą
się prowadząc do tym razem nie aż tak bardzo zaskakującego zakończenia.
Powieści
tej nie nazwałabym horrorem – jest w niej wiele postaci z niesamowitymi
talentami, jednak Prawdziwy Węzeł, główny czarny charakter, nie przeraża aż tak
bardzo. Jest właściwie jak inni porywający i mordujący dzieci psychopaci, godny
pożałowania i zasługujący na karę. Fabuła jest jednak wyjątkowo wciągająca,
szczególnie od momentu, kiedy Abra i Dan w końcu się poznają. Ich historia i
to, co ich łączy jest jedną z rzeczy, której na pewno się nie spodziewałam.
Świetny rozwój akcji i bardzo przyjemne zakończenie. Pikanterii dodają trzymające
w napięciu momenty, szczególnie związane z pościgiem za Prawdziwymi i
zapewnianiem Abrze bezpieczeństwa przed nimi. Warto jednak zwrócić uwagę, że
większość akcji z tym związanej to ostatnia część książki. Pierwsze dość mocno
skupiają się na Danie i na jego życiu, na jego wychodzeniu z problemu
alkoholowego. Autor pokazuje nam jak wiele wysiłku musiał włożyć, jak wiele
cierpliwości wykazywać co dnia by wytrwać w trzeźwości. I o ile trudniejsze
było to dla niego niż dla innych, gdyż posiadał swój niezwykły dar, przez
którego bywał dręczony.
Podsumowując
książka okazała się naprawdę świetną pozycją, kolejną w dorobku Kinga. I
kolejną, która upewniła mnie w przekonaniu, że to jeden z moich ulubionych
autorów, bez którego nie mogłabym zbyt długo żyć. Świetnie spędziłam czas z tą
powieścią i z czystym sumieniem oceniłabym ją na 9 w dziesięciopunktowej
skali.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz