piątek, 22 maja 2015

Zgodnie z listą



         Książek z listy Amazona ciąg dalszy - jak już się uparłam to nie odpuszczę. Zresztą dobrze czasem odpocząć od tego po co zwykle sięgam, w moim przypadku od Kinga albo fantasy. 

       "Władca much" Williama Goldinga nie jest raczej książką, która zdecydowałabym się przeczytać, gdybym sama wybierała. Lektura pełna metafor i głęboko ukrytych znaczeń, jednak w przeciwieństwie do "451 stopni Fahrenheita" jej klimat jakoś nie przypadł mi do gustu. 


          Powieść opowiada historię grupy chłopców, w wieku od kilku do kilkunastu lat, których samolot rozbił się na bezludnej wyspie. Okazuje się, że nikt z dorosłych nie przeżył, więc chłopcy zostają pozostawieni sami sobie. Rozzuceni po całej wyspie w wyniku katastrofy odnajdują się dzięki dwóm chłopcom, którzy trafiają na plaży na wielką muszę, dzięki dźwiękowi której dają reszcie znać o swojej obecności. Początkowo chłopcy jednomyślnie oddają władzę w ręce Ralpha, chłopca, który zadął w muszlę. Ten decyduje, że najważniejsze jest ocalenie, które można osiągnąć tylko poprzez sygnały dymne, które mogłyby zauważyć przepływające statki. Konieczne staje się więc podtrzymywanie ogniska. Pierwsza próba wzniecenia takowego kończy się katastrofą. Mimo to Ralph nadal usilnie próbuje dać chłopcom do rozumienia, że wspólna praca i zjednoczenie się w celu utrzymania ognia to ich jedyna nadzieja. Niestety im więcej czasu chłopcy spędzają na wyspie, im dłużej czekają na niepewny ratunek tym mniej respektują zasady i plany wodza. Z dnia na dzień dziczeją i odrzucają swoje człowieczeństwo. Zaczynają podążać za brutalną siłą, nie za rozsądkiem i szansą na ratunek. 

          Autor w dość niepokojący sposób przedstawia naturę każdego właściwie człowieka. Nie można zaprzeczyć, że nie ma w tym ziarna prawdy. Można rozważać jak zachowliby się ludzie gdyby musieli od podstaw wybudować cały system, czy to prawny, czy mornalny. Czy pozbawieni sankcji nadal by się nim kierowali? Powieść zmusza do refleksji nad takimi zagadnieniami. Nie dziwne więc, że znalazła się na liście "do przeczytania przed śmiercią". Jednak do poczytania przed snem raczej bym jej nie polecała. 

niedziela, 10 maja 2015

Lista Amazona i BBC



          Zdarzyło mi się ostatnio natrafić na jednej ze stron internetowych na artykuł, w którym wspominano o opublikowanych przez Amazon oraz BBC listach książek. Obie listy zatytułowano "100 książek do przeczytania przed śmiercią". Zaintrygowało mnie to wielce, gdyż lista czegoś do zrobienia kojarzy mi się poniekąd ze szkołą, a zdarza się, że zaczynam za nią tęsknić. Przeanalizowałam, więc obie listy, które okazało się nie różnią się od siebie tak wiele. Skopiowałam zatem owe listy i powzięłam postanowienie, że odhaczę wszystkie nim umrę. 

          Na początek skreśliłam kilka, które miałam już przyjemność przeczytać, niestety okazało się, że nie jest ich tak wiele - na liście BBC 16 pozycji, na liście Amazona tylko 7. Wiedziona, więc chęcią skreślenia kolejnych postanowiłam wybrać coś z owej listy. Po przeanalizowaniu na podstawie wytyczonych przez mój tok myślenia kryteriów trafiło na "451 stopni Fahrenheita" Raya Bradbury'ego. 


         Jest ona wizją autora na świat przyszłości - jego spojrzenia na to jak wyglądać będzie społeczeństwo. Została zekranizowana w 1966 roku, a jeden z moich ulubionych filmów "Equilibrium" z 2002 roku inspirowany był jej fabułą, o czym dowiedziałam się dopiero czytając opisy książki. 

         Tytuł powieści odnosi się do temperatury, w której zaczyna palić się papier, o czym wspomniane jest już na pierwszej stronie powieści. Autor przedstawił wizję świata, a właściwie społeczeństwa, które zajmuję się jedynie bezmyślnym patrzeniem się w nadawane przez telewizje programy. Ludzie mieszkają w domach zbudowanych z niepalnych materiałów, co daje im poczucie bezpieczeństwa i nic właściwie, poza własnym nosem, ich nie interesuje. Nad ich głowami codziennie przelatują bombowce i samoloty wojskowe, gdyż państwo toczy nieustanne wojny. To ich jednak nie interesuje - uważają, że jeśli coś dzieje się daleko od nich zupełnie ich nie dotyczy. Jednym z głównych zakazów jest czytanie książek. Nie wolno ich posiadać, a każde naruszenie tego prawa niezwłocznie zgłaszać. Główny bohater trudni się zawodem strażaka, który to w tej nowej rzeczywistości zajmuje się nie gaszeniem pożarów, a ich wzniecaniem. Strażacy wzywani są wszędzie tam, gdzie odnajduje się nielegalne książki - pojawiają się by je spalić. Bohater - Guy Montag - czerpie satysfakcję z swojej pracy, zgadza się z panującym systemem i nie widzi powodu by coś w nim zmieniać. Od dziecka uczono go, że to co w książkach niesie tylko zło, nie odczuwa więc wyrzutów sumienia wykonując swoją pracę. Wszystko zmienia się jednego wieczora, gdy w drodze z pracy spotyka nową sąsiadkę Klarysę. Ta zadaje mu proste z pozoru pytanie, które wywołuje lawinę wątpliwości w sercu bohatera - pyta go czy jest szczęśliwy. Wątpliwości te i rodzące się pytania podsyca znaleziona przez Guya książka. Uświadamia on sobie jak wiele tracił wyrzekając się czytania i jak cenne i wartościowe dla człowieka jest to, co w książkach można odnaleźć. To wszystko pcha strażaka w kierunku, którego sam się właściwie nie spodziewał. 

           Muszę przyznać, że wizja przedstawiona przez autora przeraziła mnie. Ludzie pozbawieni krytycznego spojrzenia na otaczającą ich rzeczywistość, skupieni jedynie na swoim codziennym życiu, odrzucający wszelką wiedzę, wchłaniający jedynie papkę serwowaną przez rządzących. Nieposiadający własnego zdania, ślepo godzący się z systemem. Skupieni na pytkim konsumpcjoniźmie, który uważają za objaw największego szczęścia. Niezadający sobie pytań o sens życia, o cel istnienia, o istotę swoich działań. A przede wszsystkim stroniący od książek i wiedzy w nich zawartej. Ja, tak zakochana w czytaniu, które stanowi dla mnie nie tylko rozrywkę, ale ucieczkę do czasem przerastającej mnie rzeczywistości, nie wyobrażam sobie życia w takim świecie. Przeraziła mnie wizja niemożliwości sięgnięcia po żadną książkę. Wizja karania za chociażby jej posiadanie. Po głębszym przemyśleniu jednak doszłam do wniosku, że jest coś, co przeraża mnie bardziej - fakt, że do współczesny świat jest na dobrej drodze do spełnienia owej wizji. Jak wiele słyszy się w tv, czyta się raportów o spodaku poziomu czytelnictwa. Wielu ludzi jedyne książi jakie miało w rękach przez całe życie to lektury szkolne z czasów wczesnego dzieciństwa. Ludzie wiedzą coraz mniej i coraz mniej chcą wiedzieć. Liczy sie dla nich spokojne, wygodne życie, nic poza tym. Kto zasiądzie w rządzie, czy wybuchnie kolejna wojna na Bliskim Wschodzie, czy bomba zabiła dziesiątki - "dopóki mnie to nie dotyczy, jest mi to obojętne" z taką postawą spotkać się można coraz częściej. Niewspominając już o braku elementranej wiedzy. Na YouTube można znaleźć program "Matura to bzdura" - jego celem było pokazanie, że polskie testy maturalne sprawdzają wiedzę nieprzydatną w życiu, przynajmniej na początku. Wystarczy jednak włączyć pierwszy lepszy odcinek by zobaczyć, że znaczna część osób nie jest w stanie odpowiedzieć na najprostsze, podstawowe pytania, jak choćby kto jest obecnie prezydentem Polski, czy kim był Adam Mickiewicz. Oglądając wydaje się zabawne, ale gdy się o tym pomyśli to już nie do końca. 

          Rozkręciłam się, ale to tylko oddaje jak głębokie przemyślenia wywołała lektura tej powieści. Przez nią poczułam się jeszcze mocniej zmotywowana by nigdy nie należeć do tych, którym "wszystko jedno" oraz aby czytać jeszcze więcej. Dopóki mam możliwość, bo kto wie co wydarzy się za kilkanaście czy kilkadziesiąt lat...