I w kolejnej powieści Kinga zamknęłam ostatnią kartkę. Tym razem była to kartka, którą bardzo smutno było mi obrócić. Choć z drugiej strony nie mogłam doczekać się, żeby poznać zakończenie.
W każdym razie od początku. Myślę, że po tej powieści Stephen King już na pewno zostanie moim ulubionym autorem. Wszystko, co do tej pory czytałam jego autorstwa działa na mnie tak samo - bardzo się emocjonuje i czuję się tak, jakbym to ja była na miejscu głównych bohaterów. Kiedyś, dość już dawno czytałam inną jego dzieło, na które reagowałam podobnie - "To". Bardzo niepozorny tytuł, ale opowieść pełna wrażeń. Choć zakończenie odrobinkę mnie rozczarowało, ale nie o tym tu mowa.
"Pod kopułą" to historia małego miasteczka, gdzieś w Stanach Zjednoczonych, które żyje sobie spokojnie swoim życiem, nie spodziewając się żadnych nadzwyczajnych wydarzeń. Aż do dnia, kiedy nagle, bez żadnego ostrzeżenia na miasto spada kopuła niewiadomego pochodzenia. Z jednej strony jest jak szkło i właściwie nie wpływa na człowieka w żaden zły sposób - no może oprócz tych, którzy posługują się różnego rodzaju urządzeniami elektronicznymi. Z drugiej zaś materiał, z którego jest utworzony nie jest znany na ziemi i nikt nie wie, co zrobić, aby uwolnić mieszkańców z pod klosza.
Dzięki temu, że autor wprowadził do akcji wielu bohaterów, powieść jest niezwykle barwa. Obserwujemy wydarzenia z wielu punktów widzenia - oczami tych dobrych i tych złych. Widzimy ludzi, którzy wiedzą jak niebezpieczne może być pozostawanie w długotrwałym zamknięciu, bez dostępu do świata zewnętrznego. Ludzi, którzy potrafią spojrzeć na to, co się dzieje z dystansu i wiedzą, że trzeba działać, choć jak się okazuje działać za bardzo nie mają jak. Ale przemierzamy też miasto z tymi, którzy wykorzystują zaistniałą sytuację, aby dać upust swoim ukrytym dotąd, ciemnym pożądaniom. Z tymi, którzy czując się, jak ryba w wodzie czerpią korzyści ze strachu ludzi i widzą w panującej sytuacji szansę na wielki sukces oraz możliwość wyeliminowania wszystkiego, co do tej pory stało im na drodze.
Ponad to wszystko, już od początku pojawiają się epizody, które zapowiadają, że dojdzie w końcu do takiego wydarzenia, które będzie tragiczne w skutkach dla wszystkich zamkniętych pod kloszem. I faktycznie, im dalej w fabułę tym więcej powiązanych ze sobą wypadków zapowiada koniec z fajerwerkami, że się tak wyrażę. W pewnym momencie nawet poczułam się trochę rozczarowana, bo myślałam, że zakończenie będzie wyglądać tak, że nikt nie przetrwa tego wydarzenia nie z tej ziemi. Nie było to zbyt przyjemnie przeświadczenie, gdyż po pierwsze z reguły nie lubię czytać czegoś, co kończy się prozaicznym "nikt nie przeżył". Zawsze uważała, że takie rozwiązanie akcji jest ze strony autora pójściem na łatwiznę. A po drugie w trakcie czytania bardzo emocjonalnie związałam się z losem kilkunastu bohaterów i myśl, że ich historia skończy się bez happy endu wydawała mi się bardzo przygnębiająca, a nawet nie w porządku wobec mnie, jako czytelnika. Jednak ostatecznie moje oczekiwania zostały spełnione, choć gdybym to ja konstruowała zakończenie troszeczkę bym je jeszcze ulepszyła - a mianowicie winnym zafundowała inną karę niż śmierć ;)
W każdym razie spędziłam z tą książką wiele niesamowitych godzin. W końcu to jednak prawie tysiąc stron. Czytałam w dzień, w nocy, na zajęciach. Czytałam zamiast pisać pracę dyplomową. Czytałam, bo działo się tak wiele. Dzięki tej powieści przeżywałam tak silne emocje, jak możliwe, że sami bohaterowie nie czuli.
Wystarczającą recenzją ten książki jest fakt, że jak już zamknęłam ją po przeczytaniu ostatniego zdania było mi niewymiernie smutno, że wiem już wszystko i nie ma niczego dalej.
Muszę przyznać jedno - King rządzi! Niepodzielnie! :)
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz