sobota, 21 lutego 2015

Tym razem klasyka



          Na początek nowego roku po raz kolejny uwikłałam się w serię powieści - co prawda każda z części była dość krótka, myślałam więc, że szybko dotrę do końca dość interesującej fabuły. Gdy jednak po zakończeniu tomu nr 4 okazało się, że seria, która jak przypuszczałam ma ich 8, tak naprawdę składa się już z 14, a do tego wciąż się rozrasta, postanowiłam odpuścić na jakiś czas. Po raz kolejny, więc zaczęłam poszukiwania w moim dość już zasobnym zbiorze e-booków, aż zatrzymałam się na "Ojcu chrzestnym". 

         Od dawna planowałam obejrzeć adaptację filmową, zawsze jednak brakowało mi czasu, albo chęci. Nic nie stało więc na przeszkodzie, aby zacząć od źródła. Kilka lat temu miałam już owy klasyk w rękach, jednak po kilku stronach odłożyłam z powrotem na półkę, gdyż nie zainteresowała mnie tak, jak na to liczyłam. Najwyraźniej nie byłam jeszcze gotowa na temat mafii. 


        Tym razem, to co znudziło mnie wtedy, wzbudziło we mnie wielką fascynację. Pokochałam tę książkę i pokochałam Michaela Corleone, szczególnie po tragicznych w skutkach wydarzeniach na Sycylii. Uroniłam łzę, gdy Don Vito umarł w upalny dzień, wśród swoich ukochanych pomidorów. Zaskoczył mnie wielki plan Michaela zyskania szacunku u innych mafijnych rodzin jako nowy Don, jak i jego nieuległość w stosunku do męża siostry. 

       Każda część tej książki była dla mnie fascynująca i porywająca. Spodobały mi się skoki czasowe między poszczególnymi księgami, które sprawiły, że akcja nie zwalniała ani na moment. "Ojciec chrzestny" zabrał mnie we wspaniałą podróż, która spodobała mi się do tego stopnia, że nie znalazłam nic, co mogłabym skrytykować. Właściwie to może i lepiej, gdyż w innym wypadku ktoś mógłby mi wytknąć, że nie krytykuje się klasyki, 

           Gdybym jednak była zmuszona do wskazania jednej rzeczy, która mnie rozczarowała byłoby to zakończenie, Nie oczekiwałam oczywiście typowego, cukierkowego happy endu rodem z powieści romantycznych, jednak Kay uświadamiająca sobie to, co było nieuniknione, w ciszy katolickiego kościoła to nie jest to, na co liczyłam. Choć może powiem inaczej - zakończenie taką właśnie sceną zaskoczyło mnie na tyle, że obróciłam kartkę kilka razy ze zdziwieniem, że to już naprawdę koniec. 

          Oczywiście nie odmówiłam sobie obejrzenia filmów i powiedzieć mogę krótko - pierwszy był genialny, pewnie dlatego, że w całości oparty na powieści, Drugi momentami mnie nużył, a do tego nie spodobało mi się, jak potoczyły się losy małżeństwa Kay i Michaela. Choć trzeba przyznać, że było to prawdziwie życiowe - w końcu ile tajemnic, kłamstw i przymykania oczu na zbrodnie, a także obaw o życie swoich dzieci może znieść kobieta, szczególnie jeśli kochała męża nad życie i wszystko dla niego poświęciła. Notabene - młody Al Pacio - zupełnie nie przypominał siebie z lat późniejszych. Przez prawie całą pierwsza część nie byłam świadoma, że to on ;) Co zaś tyczy się części numer trzy - zasnęłam po jakiś 30 minutach filmu, tak bardzo mnie znudził. Nie widziałam, więc sensu by starać się obejrzeć go po raz kolejny tylko po to, żeby móc powiedzieć, że widziałam każdą część. 

niedziela, 1 lutego 2015

Na końcu tęczy...

         Nie spodziewałam się, że powiem to tak szybko, ale tęsknie za czasem studiów. A właściwie tęsknie za wolnym czasem, kiedy mogłam usiąść i poczytać, a potem spokojnie o tym napisać.Teraz pracuje na dwa etaty, a mój wolny dzień, kiedy w końcu taki się zdarzy, poświęcam na obowiązki, które nagromadziły się w trakcie tygodnia. Chwytam, więc każdą małą chwilę i czytam.

          Ostatnimi czasy wybieram tytuły zupełnie przypadkowo - odpalam czytnik, przeszukuje listę e-booków i klikam na pierwszy tytuł, który wydaje mi się interesujący. Na tej właśnie liście znalazło się "Na końcu tęczy" Ceceilii Ahern, które znane obecnie pod innym tytułem - "Love, Rosie".


          Gdy zaczynałam czytać, a właściwie nawet po zakończeniu nie byłam świadoma, że za chwilę odnajdę w Internecie informacje na temat ekranizacji, tak samo jak tego, że autorka napisała również "PS. Kocham cię", co akurat jest winą mojej kiepskiej pamięci do nazwisk. Czytałam, więc zupełnie nieświadoma na jaki rodzaj książki trafiłam. Warto dodać, że "PS..." należy do moich ukochanych książek, nawet mimo tego, że czytając za każdym razem jestem rozdrażniona faktem, że mąż bohaterki umiera. Właściwie podobne odczucia miałam czytając "Love, Rosie" - ileż razy byłam poirytowana rozwojem wydarzeń. Ta huśtawka, kiedy myślisz, że już za chwile dostaniesz to, na co czekasz, ale jednak nie, jednak sprawy ułożyły się inaczej. Doprowadzało mnie to do szału, ale jednocześnie sprawiło, że książka okazała się niesamowita. 

          Opowiada ona historię dwójki przyjaciół - Rosie i Alexa, którzy znają się od dzieciństwa. Wspólnie przeżywają szkolne wzloty i upadki, miłości i złamane serca. Razem świętują urodziny i wpadają w kłopoty, gdy zbawa zbyt mocno ich poniesie. Bywają chwile, gdy nie mają dla siebie czasu przez wiele dni, mimo to trwają w przyjaźni stając się sobie coraz bliżsi. Pewnego dnia, tuż przed końcem szkoły średniej okazuje się, że Alex musi wyprowadzić się z rodziną do Nowego Jorku - na inny kontynent, miliony mil z dala od najlepszej przyjaciółki. Po początkowym buncie i niezadowoleniu nastolatków uznają oni, że po Rosi pójdzie na studia w Nowym Jorku, bo zawsze o tym marzyła, a dzięki temu będą mogli być znowu razem. Niestety los pisze inny scenariusz - z powodu nieobecności Alexa na balu maturalnym Rosi wybiera się z jednym z kolegów, a kilka tygodni później okazuje się, że przez "przygodę" na owym balu dziewczyna nie może wyjechać gdziekolwiek, gdyż jest w ciąży, Ojciec dziecka zostawia ją bez wsparcia, zostaje jej więc pozostać w domu rodziców i jakoś ułożyć sobie życie,

          Przez lata w życiu bohaterów zmienia się wszystko - Ona wychodzi za mąż, on się żeni. Ją zdradza mąż, Jemu rodzi się syn. Ona przechodzi rozwód, On kryzys z żoną. Ona postanawia nadrobić stracone szkolne lata i dostaje prace marzeń w hotelu, a On staje się znanym i szanowanym lekarzem. Nie zmienia się tylko jedno - pomimo wzlotów i upadków wciąż pozostają przyjaciółmi. Pojawiają się u nich też chwile, kiedy uświadamiają sobie, że to co czują do siebie to coś więcej, niż tylko przyjaźń. Niestety nie zdarza im się to w tym samym momencie, więc rozmijają się w tej miłości i nadal trwają w przyjaźni prowadząc własne życia. Dopiero po wielu latach, odchowaniu dzieci, kiedy oboje zostają samotni z powodu rozwodów, a ich życie staje się na tyle stateczne, że mają czas by zatrzymać się i pomyśleć nad nim, uświadamiają sobie, że brakuje im drugiej połówki, która zawsze była na wyciągnięcie ręki.

          Fabuła , więc mogę rzec, że była świetna i urzekająca. Początkowo drażniła mnie konstrukcja powieści, nie jest bowiem napisana jak większość książek - nie ma narratora i opisów. Jest to zbiór listów, e-maili i innych wiadomości w formie pisanej, które główna bohaterka wymieniała z Alexem i członkami swojej rodziny. Ciężko, więc przyzwyczaić się do takiej relacji, szczególnie, że czasem w kolejnym liście nie wyjaśnia się, co zdarzayło się w czasie, jaki minął od ostatniego. Trzeba więc czytać między wierszami. Jednak po dłużej chwili taki sposób pisania zaczyna być interesujący i nie powoduje, żadnych problemów w odbiorze książki.

          Teraz pozostaje mi tylko poczekać i przekonać się, czy ekranizacja okaże się choć w połowie tak dobra jak powieść oraz czy nie zmienią wielu głównych faktów, jak to miało miejsce w przypadku ekranizacji "PS. Kocham Cię".