Na początek nowego roku po raz kolejny uwikłałam się w serię powieści - co prawda każda z części była dość krótka, myślałam więc, że szybko dotrę do końca dość interesującej fabuły. Gdy jednak po zakończeniu tomu nr 4 okazało się, że seria, która jak przypuszczałam ma ich 8, tak naprawdę składa się już z 14, a do tego wciąż się rozrasta, postanowiłam odpuścić na jakiś czas. Po raz kolejny, więc zaczęłam poszukiwania w moim dość już zasobnym zbiorze e-booków, aż zatrzymałam się na "Ojcu chrzestnym".
Od dawna planowałam obejrzeć adaptację filmową, zawsze jednak brakowało mi czasu, albo chęci. Nic nie stało więc na przeszkodzie, aby zacząć od źródła. Kilka lat temu miałam już owy klasyk w rękach, jednak po kilku stronach odłożyłam z powrotem na półkę, gdyż nie zainteresowała mnie tak, jak na to liczyłam. Najwyraźniej nie byłam jeszcze gotowa na temat mafii.
Tym razem, to co znudziło mnie wtedy, wzbudziło we mnie wielką fascynację. Pokochałam tę książkę i pokochałam Michaela Corleone, szczególnie po tragicznych w skutkach wydarzeniach na Sycylii. Uroniłam łzę, gdy Don Vito umarł w upalny dzień, wśród swoich ukochanych pomidorów. Zaskoczył mnie wielki plan Michaela zyskania szacunku u innych mafijnych rodzin jako nowy Don, jak i jego nieuległość w stosunku do męża siostry.
Każda część tej książki była dla mnie fascynująca i porywająca. Spodobały mi się skoki czasowe między poszczególnymi księgami, które sprawiły, że akcja nie zwalniała ani na moment. "Ojciec chrzestny" zabrał mnie we wspaniałą podróż, która spodobała mi się do tego stopnia, że nie znalazłam nic, co mogłabym skrytykować. Właściwie to może i lepiej, gdyż w innym wypadku ktoś mógłby mi wytknąć, że nie krytykuje się klasyki,
Gdybym jednak była zmuszona do wskazania jednej rzeczy, która mnie rozczarowała byłoby to zakończenie, Nie oczekiwałam oczywiście typowego, cukierkowego happy endu rodem z powieści romantycznych, jednak Kay uświadamiająca sobie to, co było nieuniknione, w ciszy katolickiego kościoła to nie jest to, na co liczyłam. Choć może powiem inaczej - zakończenie taką właśnie sceną zaskoczyło mnie na tyle, że obróciłam kartkę kilka razy ze zdziwieniem, że to już naprawdę koniec.
Oczywiście nie odmówiłam sobie obejrzenia filmów i powiedzieć mogę krótko - pierwszy był genialny, pewnie dlatego, że w całości oparty na powieści, Drugi momentami mnie nużył, a do tego nie spodobało mi się, jak potoczyły się losy małżeństwa Kay i Michaela. Choć trzeba przyznać, że było to prawdziwie życiowe - w końcu ile tajemnic, kłamstw i przymykania oczu na zbrodnie, a także obaw o życie swoich dzieci może znieść kobieta, szczególnie jeśli kochała męża nad życie i wszystko dla niego poświęciła. Notabene - młody Al Pacio - zupełnie nie przypominał siebie z lat późniejszych. Przez prawie całą pierwsza część nie byłam świadoma, że to on ;) Co zaś tyczy się części numer trzy - zasnęłam po jakiś 30 minutach filmu, tak bardzo mnie znudził. Nie widziałam, więc sensu by starać się obejrzeć go po raz kolejny tylko po to, żeby móc powiedzieć, że widziałam każdą część.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz