środa, 13 listopada 2013

Tajemnice i zbrodnie

           Do kolejnej książki na mojej liście przymierzałam się bardzo długo. Dostałam ją w prezencie od Przyjaciółek na 25 urodziny, które obchodziłam w marcu. Od tamtej pory zawsze były jakieś inne, ważniejsze pozycje do otwarcia. Fakt, że książka jest moja też miał na to duży wpływ - w końcu z półki nie ucieknie. Ostatecznie zabrałam się za nią po krótkiej, acz treściwej recenzji mojej Bratowej, której powieść pomagała zwalczać wakacyjną nudę.

"W PROCH SIĘ OBRÓCISZ"


          Oczywiście pierwszym problemem, który pojawia się już na pierwszych kartkach są nazwy i imiona. Powieść stworzona została przez islandzką autorkę, a sama fabuła również umiejscowiona została na Islandii. Jasnym jest, więc że pisarka używała islandzkich nazw i imion. Jednak dla polskiego czytelnika, te skomplikowane słowa momentami przeszkadzają w czytaniu. 

           Historia opowiedziana przez pisarkę mówi o kłopotach, w jakie wplątuje się klient prawniczki Thory. W dzieciństwie zamieszkiwał wraz z rodziną na islandzkiej wyspie, gdzie doszło do erupcji wulkanu, w wyniku której część wysypy na wiele lat została zasypana wulkanicznym popiołem. Jednakże po tych latach, w ramach archeologicznego projektu domy mają zostać odkopane. Markus, dorosły już syn jednego z bardziej wpływowych ludzi na wyspie, zdaje się być niezadowolony z owego faktu i wynajmuje prawniczkę, by pomogła mu zapobiec odkopaniu domu. Niestety sprawy toczą się nie po ich myśli i na jaw wychodzić zaczynają tajemnice, które miały pozostać w ukryciu. W ich wyniku rozpoczyna się poszukiwanie morderców, którzy dokonali dawnej, okrutnej zbrodni. Nie jest to jednak łatwe, gdyż wszyscy, którzy pamiętają minione wydarzenia albo już nie żyją, albo są zbyt starzy i schorowani, albo zwyczajnie nie mają ochoty zwierzać się ze starych grzechów. Thora jest jednak bardzo zdeterminowana w działaniu i dążeniu do celu. Z czasem zresztą tajemnica staje się na tyle intrygująca, że w dużej mierze kieruje nią również zwykła ciekawość.

           Co się tyczy fabuły - dość ciekawie poprowadzona i owszem początkowo wciągająca. Jednakże, w którymś momencie poczułam, jakby autorka specjalnie przedłużała akcję, zamiast wyjaśnić interesujące czytelnika wątki. Trzeba przyznać, że bardzo ciekawe okazują się relacje jakie ostatecznie wiążą wszystkich bohaterów, którzy początkowo wydawali się być sobie zupełnie obcy. Jednakże, kiedy już dochodzi do punktu kulminacyjnego, a sprawa zostaje wyjaśniona, okazuje się ona zupełnie banalna. Przynajmniej banalna w stosunku do kolejno pojawiających się w toku akcji niewiadomych. 

           Bądź, co bądź książka jest interesująca i warta przeczytania. Czas nad nią spędzony nie jest czasem straconym. Do islandzkich imion również można przywyknąć, wystarczy wczuć się w przebieg akcji. 

wtorek, 12 listopada 2013

Salem bez czarownic

           Kolejny powrót do twórczości mojego ulubionego autora. Tym razem raczej nie planowane. Na książkę, po którą sięgnęłam trafiłam w markecie, podczas zakupów z mamą. Była promocja na kieszonkowe wydania książek, a że na promocje książek reaguje tak samo euforycznie, jak na promocje butów, więc wybrałam Kinga i jego "Miasteczko Salem". 



           Tytuł oczywiście zasugerował mi, że nabywam powieść o czarownicach, zatem wielkie okazało się moje rozczarowanie, kiedy okazało się, że zamiast czarownic mam wampiry. No i niestety okazało się to wielkim minusem tego dzieła. Opowieści o wampirach, tak w wersji pisanej, jak i filmowej, ostatnio mamy nadmiar. Od klasycznych obrazów wampirów wysysających ludzką krew i siejących śmierć, aż do, coraz popularniejszych zresztą wampirów stawiających miłość ponad naturalne zachowanie. Może to z tego powodu "Miasteczko Salem" jest jak do tej pory najsłabszą powieścią autora, jaką do tej pory czytałam.
         
          Nie twierdzę oczywiście, że jest zła, ale jak na horror bardzo mało w niej akcji i elementów, w których naprawdę można by się bać. 

          Historia opowiada o spokojnym, prowincjonalnym miasteczku, do którego właściwie w jednym czasie wraca pogrążony w żałobie po śmierci żony pisarz oraz dwóch tajemniczych przybyszy, którzy planują otworzyć sklep z antykami. Od tego momentu zaczynają dziać się rzeczy, o których do tej pory nikt nawet nie rozmyślał. Na bramach cmentarza wiszą zwłoki kota, bez śladu ginie mały chłopiec, a jego brat trafia w szoku do szpitala. Każdego dnia znika coraz więcej osób, ale zagrożenie zdaje się dostrzegać tylko pisarz, jego nowa miłość oraz stary nauczyciel. Nim udaje im się zacząć naprawdę działać, okazuje się, że nie mają już zbyt wielu sojuszników, ale za to coraz więcej wrogów.

          Jak już mówiłam, książka oczywiście ciekawa. Nie sądzę zresztą bym kiedykolwiek poważnie skrytykowała cokolwiek, co napisał Stephen King. Jednak, jak na tak wiele stron, przez większość czasu w zasadzie bardzo mało się dzieje. Ciągle ktoś nowy znika i choć właściwie od któregoś momentu opisy ofiar wprost sugerują, z jakim wrogiem bohaterowie mają do czynienia, to oprócz opisów i domysłów akcji nie ma prawie w ogóle. Kilka, drobnych scen, w których ktoś kogoś atakuje... Zresztą samo rozstrzygnięcie jest jakoś mało pasjonujące i właściwie rozczarowujące. Chyba najgorsze zaś było to, że po przeczytaniu prologu oczekuje się rozwiązania akcji, które wszystko nam wyjaśni, a tak na prawdę zakończenie zostaje w zawieszeniu. Rozumiem, że po opowieści o wampirach nie można się spodziewać happy endu, ale to, co sprezentował nam King zupełnie mnie nie zadowoliło. 

                Twórczość Kinga na zawsze będzie zajmować wyjątkowe miejsce w moim sercu, ale ta powieść zdecydowanie nie była w moim stylu. Na szczęście ostatnio miałam okazję wybrać się z moim bliskim Przyjacielem do kina na ekranizację innej powieści autora - "Carrie". I choć to nie książka, a jedynie jej słaba namiastka w postaci filmu, to wyszłam z kina bardzo zadowolona i usatysfakcjonowana. Teraz pora sprawdzić czy to, co na ekranie oddaje to, co zostanę na papierze. Jak na razie film oceniam jako świetny, książka musi jeszcze poczekać.

piątek, 26 lipca 2013

Nie do końca trafny wybór

       Joanne Rowling znam oczywiście ze sławnej serii o Harry Potterze, która to jest moją miłością i pasją. To chyba jedne z książek, do których wracałam tak wiele razy, że sama już nie pamiętam dokładnie ile razy je czytałam. O Harrym Potterze jednak przy innej okazji. Dziś interesuje mnie inna powieść autorki.




Trafny wybór” ukazał się w polskich księgarniach w listopadzie 2012 r., jednakże w moje ręce trafił dopiero w marcu 2013 podczas zakupów z mamą. Od tamtej pory książka czekała na mojej półce na swoją chwilę. Jej moment przyszedł dopiero, kiedy opuściłam granice kraju i przyjechałam do mojego drugiego domu w Holandii. 

Tutaj pogoda zwykle bywa idealna do czytania – często pada i jest chłodno, czyli wymarzone warunki by z lekturą zaszyć się w rogu salonu, na wygodnym, wielkim fotelu z kocykiem i herbatką pod bokiem. Nie o tym miało jednak być…

Jeśli chodzi o powieść Rowling muszę powiedzieć, że zaskoczyła mnie, choć niestety nie do końca pozytywnie. Autorka przedstawia nam życie małego miasteczka, w którym niespodziewanie umiera jeden z ważnych członków lokalnej społeczności. Jego śmierć wywołuje falę następstw, która ma wpływ na wielu mieszkańców miasteczka, nawet tych którzy nie byli zbyt mocno związani ze zmarłym. 

Nie można oczywiście powiedzieć, że powieść jest nieciekawa. Autorka wprowadza do fabuły wielu bohaterów, których losy sukcesywnie poznajemy. Ich powiązania ze sobą są czasem zaskakujące i niespodziewane. Jednakże po przeczytaniu tych pięciuset stron wciąż czegoś mi tam brakuje. Jakiegoś elementu, który wprowadził by wartką akcję. Elementu, który motywowałby do poznania zakończenia, do gorączkowego pytania „jak to się skończy”? Niestety nie odnalazłam tam czegoś takiego, a upragnioną wartką akcję dostałam dopiero jakieś pięćdziesiąt stron przed końcem. Choć to zawsze lepsze niż nic. 

Książka w dogłębny sposób przedstawia życie w małym miasteczku oraz mentalność jego mieszkańców. Autorka wspaniale ukazała jak, z pozoru nic nie znaczące działania w przypływie emocji może odmienić życie wielu osób, w sposób jakiego nikt się nie spodziewał. Idealnie także opisane są niuanse lokalnej polityki, która staje się ważniejsza niż problemy zwykłych, szarych ludzi. Oraz skupienie ludzi na własnych problemach i obojętność wobec tego, co ich bezpośrednio nie dotyczy. To przez obojętność właśnie w zakończeniu nie znajdziemy typowego happy endu. Zakończenie pobudza do refleksji i perfekcyjnie pasuje do całej fabuły – nie jest wymarzone, ale pokazuje brutalną rzeczywistość. 

Rowling w tej powieści pokazała właśnie brutalną rzeczywistość. Zdarzenia, których moglibyśmy spodziewać się w codziennym życiu. Postacie, które w swoim postępowaniu kierują się emocjami, marzeniami i swoim interesem. Nie ma tu bezinteresownych bohaterów, którzy poświęcają się dla innych, ani wyraźnych czarnych charakterów. Ludzie są wielobarwni, jak w prawdziwym życiu. Dzięki temu lepiej rozumie się pobudki jakie nimi kierują w konkretnych sytiacjach, a ponad to nie ma postaci, których można jednoznacznie lubić, bądź nie. 

Po „Trafnym wyborze” spodziewałam się czegoś, co zapiera dech w piersi, co zafascynuje mnie prawie jak Potter, co sprawi, że nie zapomnę na długo o tej pozycji. Niestety nie dostałam tego, ale może jest to wina mojego nastawienia? Może zbyt mocno ta autorka kojarzy mi się ze światem magii i czarodziejów? Jednakże oceniając w miarę obiektywnie to bardzo dobra, pouczająca książka. Choć zastanawiam się, czy sięgnęłabym po nią, gdyby napisana była przez nieznaną autorkę. Chyba nie. 

Powrót do nałogu

     Wakacje, wakacje, wakacje! W tym roku, co jest już tradycją od kilku lat, spędzam je u rodziców pod Amsterdamem. 

      Uwielbiam Holandię, od kiedy przyjechałam tu po raz pierwszy jako dziecko. Ten niesamowity klimat ciszy, spokoju i czystości. Wszyscy są uprzejmi, grzeczni i zawsze gotowi pomóc. A przede wszystkim woda - wszędzie pełno kanałów obrośniętych zieloną trawką, z mnóstwem miejsc do odpoczynku, szczególnie z książką. Bardzo lubię tutaj być, dzięki temu zawsze się wyciszam i wracam do Szczecina spokojniejsza i szczęśliwsza. 

       Oczywiście przyjeżdżam tu, co roku nie tylko z powodu pięknych miejsc i wspaniałej atmosfery. Zawsze w grę wchodzi też praca i zakupy ;) Na razie jednak mam sporo wolnego czasu, więc poświęciłam go w dużej mierze na nadrabiane zaległości z literaturą. 

       Ostatnią książkę, którą miałam w rękach przed długą przerwą była powieść Andres'a de la Motte "GEIM". 

     Kolejna książka, po którą sama raczej bym nie sięgnęła. Okłada nie zachwyca i raczej nie zachęca, przynajmniej mnie. Moja decyzja o zapoznaniu się z powieścią motywowana była jedynie rekomendacją koleżanki, która zachwalała pozycję, jako pasjonującą i pełną napięcia. 

      Spodobał mi się bez wątpienia styl autora. Przeplatania losów dwóch bohaterów, których losy ostatecznie się łączą dodaje powieści życia, a czytanie kolejnych rozdziałów staje się ciekawsze. Ponad to zwiększa napięcie, kiedy w najważniejszym dla danego bohatera momencie autor nagle powraca do porzuconego wątku drugiej postaci. 

      Jeśli chodzi o samą fabułę jest ona dość interesująca, choć niezbyt oryginalna. Temat spisku elity na światową skalę poruszany jest w niejednej współczesnej pozycji, choćby u Dana Browna. Tutaj, jak sugeruje tytuł, chodzi o grę. Grę, która z pozoru niewinna i wyjątkowo atrakcyjna okazuje się niebezpieczna i bardziej złożona i skomplikowana niż mogłoby się na pozór wydawać.

   Henrik HP Pettersson to 30-letni kombinator i próżniak, którego życiowe ambicje mogą być śmiało podsumowane jednym zdaniem: być numerem jeden. Jest zadufany w sobie, beznadziejnie impulsywny, a przy tym dręczy go poczucie bycia niedocenianym. Pewnego dnia znajduje telefon komórkowy, który zaprasza go do tajemniczej Gry Alternatywna Rzeczywistość – gry testującej granice między złudzeniem a rzeczywistością. Po wykonaniu testu próbnego HP otrzymuje szereg fascynujących i niebezpiecznych zadań, które są filmowane, a następnie publikowane na liście rankingowej, ocenianej przez zamkniętą społeczność w sieci. Napięcie w grze rośnie, nagrody są coraz cenniejsze, a fani wystawiają mu świetne noty. HP powoli staje się gwiazdą, dlatego podejmuje się coraz bardziej ryzykownych zadań, by tylko pozostać w grze.    Inspektor Rebecca Normén jest jego przeciwieństwem. Kontroluje swoje życie w każdym szczególe i szybko pnie się po szczeblach kariery. Wszystko układałoby się idealnie, gdyby nie anonimowe, niepokojące liściki, które znajduje w swojej szafce. Ktokolwiek je pisze, wie o jej przeszłości więcej, niż powinien. Dlaczego? Czy ktoś się z nią bawi? Podczas gdy gra stopniowo wkracza w życie HP i Rebecki, ich światy nieuchronnie się łączą. Pochłonięty kolejnymi zadaniami HP zaczyna zdawać sobie sprawę, że gra niesie za sobą śmiertelne niebezpieczeństwo.   Kto stoi za tajemniczą rozgrywką?

      Niestety na koniec okazuje się, że nie dostaniemy żadnych właściwie odpowiedzi na pojawiająca się po drodze pytania. Kto kieruje grą? Po co to robi? Czy gra naprawdę jest aż tak skomplikowaną siecią połączeń i powiązań, że nie można jej już powstrzymać? Czy HP i Rebecce udało się naprawdę uwolnić od wpływu gry? Oczywiście ma to związek z faktem, że powieść jest trylogią, więc na możliwe odpowiedzi liczyć możemy dopiero w ostatniej części. Mając również nadzieję, że kolejne dwie części będą trzymać wysoki poziom pierwszej, a zakończenie ciekawie poprowadzonego wątku nie okaże się rozczarowujące i banalne. 

      To, co spodobało mi się w tej pozycji, oprócz efektownie skonstruowanej pogłębiającej napięcie fabuły, to postacie bohaterów. Właściwie sposób ich pokazania przez autora. Mam tu na myśli fakt, że główny bohater, HP, początkowo wzbudza raczej negatywne odczucia. Jest zarozumiały, unika pracy, liczy na szybki i łatwy zarobek, aby móc poświęcać czas na rozrywki. Gdy gra przynosi mu pierwsze negatywne skutki pojawia się wręcz odczuwa się satysfakcję, że dostał to na co zasłużył. Jednak im bardziej poznajemy postać, a gra powoduje coraz większe i poważniejsze konsekwencje, ocena HP się zmienia. Zaczynamy mu współczuć i trzymać kciuki, aby udało mu się odegrać na tych, którzy wciągnęli go w tak wielkie kłopoty. 

      Rozczarowuje jedynie, jak już wspominałam, zakończenie, a raczej jego brak. Zaczynając czytać nie wiedziałam jeszcze, że książka ma kolejne dwie części, dlatego też zaskoczyło mnie właściwie urwanie akcji w najbardziej pasjonującym momencie. 

      W każdym razie czekam na pojawienie się kolejnych części w mojej biblioteczce, aby przekonać się czy dostanę satysfakcjonujące zakończenie na jakie liczę. 

niedziela, 31 marca 2013

Nadrabianie strat cz.2


Gdy tylko Tolkien ze światem dzielnych hobbitów znalazła się na półce miałam w planach sięgnąć po nową powieść Rowling, autorki Harrego Pottera. Niestety okazało się to nie możliwe. Tym razem za sprawą koleżanki, która podczas wykładów na uczelni z zapałem pożerała kolejne kartki jakiejś powieści. Agatkę uwielbiam, ale zainteresowanie książką z jej strony było dla mnie pewnym zaskoczeniem, szczególnie kiedy zaczęła mnie namawiać do jej przeczytania.

Któregoś dnia przeczytałam jej przez ramię fragment, który akurat czytała. Trafiłam oczywiście na ten pikantny, po którym to robi się gorąco, szczególnie podczas początkowego czytania. I tak właśnie poruszona odważnymi scenami postanowiłam poddać się międzynarodowemu szaleństwu i jak miliony kobiet zapoznać się ze wszystkimi twarzami Greya.

Każda z trzech książek ma średnio około 600 stron. Czytając pierwszą część cieszyło mnie, że tyle emocji jeszcze przede mną, jednak mniej więcej w połowie drugiej części zaczęłam wątpić czy w ogóle dotrwam do końca. Nie można oczywiście powiedzieć, że jest to powieść zła. Ma swoje uroki i z pewnością czyta się ją łatwo i przyjemnie. Jednakże myślę, że sukces tej pozycji leży w scenach erotycznych jakie autorka odważnie umieściła w fabule. Trzeba jej przyznać, że takiej literatury było nie wiele do tej pory, więc początkowo istnienie tego rodzaju opisów początkowo zaskakuje i dodaje znacznej atrakcyjności czytaniu ;) Niestety powtarzanie wciąż tych samych schematów, a nawet tych samych słów w opisach seksu bohaterów sprawa, że w kolejnych tomach stają się one nudne, a nawet nadmiernie rozckliwione. Gdy następuje moment zmiany fascynacji w miłość opisy seksu już zupełnie tracą na atrakcyjności, zmieniając się w mdłe achy i ochy.

A fabuła? Cóż, prosta i niezbyt zaskakująca. Odejście Any od Greya na zakończenie pierwszego tomu to jedyną rzecz jakiej się nie spodziewałam. Jednak od chwili ich powrotu do siebie byłam już prawie na sto procent przekonana, że na końcu znajdę zakończenie w stylu „happy ever after”. Nie myliłam się oczywiście. Chyba, że ktoś się uprze i jako zakończenie potraktuje te ostatnie kilkanaście stron, w których autorka pokazała pierwsze spotkanie kochanków oczami Christiana (co zresztą jest bardzo zmyślnym pomysłem autorki). W każdym razie trylogia bardzo przewidywalna, a sama historia też raczej nie jest błyskotliwa – na pozór zupełnie niepasująca do siebie dwójka ludzi, z odmiennymi charakterami postanawia być razem bez względu na przeszkody, jak przed sobą napotkają. Powiewem nowości zapewne miał być problem Greya z seksem. Jednakże okazało się, że autorka postanowiła nie ciągnąc tego wątku zbyt długo – młody potentat rezygnuje z perwersji, stawiając narzeczoną ponad wszystko inne, co dla niego ważne. Gdyby chcieć zresztą zająć się oceną bohaterów zamysł autorki chyba zupełnie się nie sprawdził. Mroczny Grey, który miał być nieustępliwym, zimnym panem i władcą decydującym o wszystkim i wszystkich, nagle okazuje się małym, po uszy zakochanym chłopcem, który gotów jest na wszystko dla ukochanej. To raczej niewinna i nieśmiała początkowo Ana nagle staje się, moim zdaniem powodem wszystkich problemów. Od początku miała jasną sytuacje, wiedziała z kim się wiąże, ale zamiast dostrzegać całe dobro jakie dostawała od Christiana, ona wolała płacz, ciągłe wymagania i nie potrafiła nawet w zamian spełnić prostych próśb, jak niewłóczenie się po barach, gdy ściga ją szaleniec, psychopata.

Pozostawiając temat usposobienia bohaterów – trylogia o Greyu, a przede wszystkim szum i szaleństwo jakie wokół niej zapanowało, obiecywało literaturę jakiej jeszcze nie było. Miały być emocje i pikanteria. A jednak, zamiast tego jest ckliwa miłosna historyjka przeplatana ostrym seksem, który z czasem, zupełnie jak cała fabuła, staje się przewidywalny i wręcz nudny, szczególnie w drugiej części. Możliwe nawet, że bez drugiej części całość zyskała by na atrakcyjności. Część pierwsza zaskakuje odważnymi scenami i zakończeniem. W trzeciej bohaterowie uwikłani są w wydarzenia, które odwracają uwagę od ich miłości, dzięki czemu jest interesująco. A druga? Muszę przyznać, że po miesiącu od przeczytania nie pamiętam nawet, co w niej było. Jedynie przyjęcie oświadczyn i awans na stanowisko szefa wydawnictwa. Krótko mówiąc dwójka nie trzyma poziomu pozostałych części. Poziomu niezbyt wysokich lotów, ale z pewnością wyższego niż harlequiny. 


Nadrabianie strat cz.1


Mój brak czasu odrobinkę się przedłużył, mimo iż sesja szczęśliwie skończyła się w pierwszej połowie lutego. Jednak po niej, na kolejnym miejscu znalazła się przeprowadzka, a później zadomawianie się w nowym mieszkanku. Potem kilka imprez, jak parapetówka, urodziny, zacieśnianie lokatorskich więzi. Słowem – chwilę to wszystko potrwało.

Dziś, jednak jest czas na dwa słowa na temat powieść, z którą pożegnałam się 17 stycznia, mianowicie „HOBBIT, czyli tam i z powrotem”. Jej obecność na mojej półce spowodowana jest z jednej strony przez promocję filmu o tym samym tytule, a z drugiej dzięki mamie, którą zakupu tej pozycji postanowiła dokonać, a potem podarować ją mnie. Tak czy inaczej Tolkien zawitał w moich rękach po raz kolejny w życiu.

Początkowo wielką zaletą tej książki wydała mi się jej objętość. Dlaczego? Będę szczera – nie udało mi się ani razu, pomimo szczerych chęci i wielu prób, przebyć „Władcy Pierścieni” w całości. Uwielbiam film, ale to nagromadzenie opisów przyrody i krajobrazów jest tak męczące, że traciłam zainteresowanie fabuła, którą już i tak znałam. Tak, więc skromniutki, jednotomowy Hobbit zapowiadał, że tego wszystkiego, czego nie polubiłam we Władcy nie spotkam tutaj. Wielkim zatem dla mnie zdziwieniem było, gdy dowiedziałam się iż twórcy filmu postanowili podzielić go na trzy części. Zadawałam sobie pytanie skąd tyle fabuły w tej małej książeczce na trzy filmy po minimum 2 godziny każdy? Jak się potem okazało twórcy ekranizacji postanowili trochę odejść od oryginalnej koncepcji Tolkiena i zobaczymy, co im z tego wyjdzie. Pierwsza część sagi według mnie naprawdę warta zobaczenia, nawet pomimo pójścia na łatwiznę z zakończeniem.

Wracając jednak do książki – faktycznie nie posiada szeroko zakrojonych opisów królujących we Władcy, co jest dla mnie jej wielkim plusem. Fabuła również jak najbardziej ciekawa i momentami zaskakująca. Mniej to wszystko, jednak wydaje się być widowiskowe i emocjonalne. Pierścień, który zmienił później losy świata zostaje przez Bilba odnaleziony zupełnie przez przypadek, tak jak i jego właściwości. Bark elementu, który trzymałby w napięciu. Jest, co prawda cała wyprawa i okrutny, krwiożerczy smok. Jednak gdzie zło, które zamierza zniszczyć świat, jak znają bohaterowie? Gdzie emocje mijającego czasu, który im dłużej płynie tym bardziej przybliża godzinę klęski i niepowodzenia misji? Krótko mówiąc jest w Hobbicie interesująca wyprawa, pełna przygód i wrogów czekających za uskokiem skalnych, ale nie ma tego czegoś, co zbudowało by prawdziwie silne napięcie, dzięki któremu człowiek chce przeczytać kolejną kartkę, byleby tylko dowiedzieć się czy bohaterskie stwory uratują swój świat, czy może ugną się przed czarną siłą zła.

Również samo zakończenie rozczarowało mnie w pewnym stopniu. Wielka krasnoludzka wyprawa, której najważniejszym celem jest zabicie smoka i odzyskanie swojego dawnego królestwa. Wielkie niebezpieczeństwa i niedogodności na drodze do tego celu, aby na końcu wszystko ułożyło się tak, że krasnoludy smoka nawet na oczy nie zobaczyły, a ten zgładzony został przez zupełnie niespodziewaną, właściwie nie zbyt ważną dla całości fabuły postać. Liczyłam na rozlew krwi, zaciętą walkę z podstępem i emocjami, a dostałam niezbyt widowiskową scenę. Pozostaje mi liczyć, że w przynajmniej w filmie postawią na rozmach.

Konkludując, powieść jak najbardziej do przeczytania, gdyż jest ciekawa i naprawdę dobrze się ją czyta. Bywa smutna, zaskakująca, zabawna, jak i straszna. Jednakże po tak szerokiej kampanii reklamowej zapowiadającej kolejny wielki hit Tolkiena spodziewałam się, że z wrażenia spadną mi buty. Niestety, buty zostały na swoim miejscu, a książkę właściwie bez żalu odłożyłam na półkę. 

wtorek, 29 stycznia 2013

A czasu wciąż brak!

              Nastał chyba najmniej przyjemny okres w życiu każdego studenta - sesja. Dzieciaki w szkołach mają ferie i wyjeżdżają na narty, a na uczelniach wykładowcy mszczą się za studenckie lenistwo i nie jeden pewnie żałuje, że wybierał imprezy zamiast obecności na zajęciach. 

               W mojej studenckiej karierze miewałam już bardziej hardcorowe sesje niż ta obecna, ale 7 lutego egzamin, przed którym najpilniejsi drżą z przerażenia. Także na nadmiar wolnego czasu narzekać nie mogę. Tak, więc moje skromne recenzje ostatnio przeczytanych książek będą musiały jeszcze trochę poczekać. A uzbierały się już trzy pozycje, ale cóż...

                Dziś, chyba dla pocieszenia mego stęsknionego do czytania serca, jeden z facebook'owych fanpag'ów dodał artykuł o niezwykłych bibliotekach świata. Mogłam, więc choć przez chwilę nacieszyć oczy, a ponad to dowiedziałam się, że co roku spędzam wakacje obok niezwykle klimatycznej biblioteki. Na myśli mam oczywiście Amsterdam i wielki zbiór książek, który stanowi część Rijksmuseum.




                   Poza holenderskim cudem, w którym mogłabym zamieszkać i nie wychodzić stamtąd już nigdy, wielkie wrażenie zrobiły na mnie też biblioteki francuska i egipska.            

Site Richelieu w Paryżu we Francji - istniejąca od 1382 roku.  


Biblioteca Alexandria w Aleksandrii w Egipcie - zbudowana w 2002 r. w celu upamiętnienia starożytnej biblioteki, która spłonęła w I r. p.n.e. 


                      Rozczuliła mnie też biblioteka w Bangkoku, w jednej z najbiedniejszych dzielnic, która zbudowana została w całości z materiałów pochodzących z recyklingu. Jest tak maleńka, ale to niesamowite, że nawet w takich zakątkach świata może powstać coś, co cieszy oko i zaspokaja czytelniczy głód.                



                No i oglądanie książek na zdjęciach będzie musiało mi wystarczyć, przynajmniej do 7 lutego i ostatniego egzaminu, który mam nadzieję powiedzie się bez nieoczekiwanych wpadek, dzięki czemu będę mogła spokojnie rozpocząć ferie i nadrobić braki w literaturze.

poniedziałek, 7 stycznia 2013

Nowy Rok, stara pasja

                Jak co roku, okres świąt i sylwestra minął w mgnieniu oka. Ponad dwa tygodnie lenistwa uciekły szybciej niż się spodziewałam. Tak szybko, że w sobotę zakręciła mi się łezka w oku z powodu powrotu do szczecińskiej rzeczywistości i pożegnania z rodzicami. 

               Niestety tak to już w życiu bywa, że to co dobre zbyt szybko się kończy. 

            Jednak, dzięki wspaniałej inicjatywie mojej mamy, kilka dni przed wyjazdem, wybrałyśmy się na wycieczkę do księgarni z zamiarem spożytkowania pieniędzy na coś, co obie kochamy. Dzięki temu moja prywatna biblioteczka poszerzyła się o kolejne pozycje, tym razem z samego szczytu listy bestsellerów. 

               Styczeń zatem będzie należał do Tolkien'a i jego "Hobbit, czyli tam i z powrotem"

             
                 Książka, po którą planowałam sięgnąć już dawno temu, ale zawsze znalazło się coś innego. Teraz, kiedy w kinach miejsce miała premiera ekranizacji tej powieści, czas jest doskonały. Zamierzam przekonać się, co tym razem zwycięży w starciu książka-film. Przy "Władcy Pierścieni" film był bezkonkurencyjny według mojej opinii. Tym razem jednak może być inaczej, szczególnie od kiedy doszły mnie słuchy, że ekranizacja Hobbita wyświetlona ma być aż w trzech częściach, choć książka ma zaledwie ponad 300 stron. W każdym razie czytanie w toku, a wizyta w kinie w planach jeszcze w tym tygodniu.

                  Kolejną, pachnącą nowością na mojej półce, pozycją na ten miesiąc jest Rowling z jej pierwszą powieścią tylko dla dorosłych - "Trafny wybór".


               Powieść pod koniec zeszłego roku mocno reklamowana i polecana przez wiele portali o literaturze, jak również na facebook'owych fanpage'ach. Do mnie trafiła ze względu na sentyment do autorki, bowiem przy Harrym Potterze właściwie rodziła się moja miłość do czytania i pachnących, zadrukowanych kartek. Nie znam zarysu fabuły, ani nie szukam recenzji innych, zamierzam mieć niespodziankę i oczekuję, że będę w niebo wzięta. 

                       W planach mam również trylogię E. L. James, którą rozpoczyna powieść "50 twarzy Greya".

                      O tej pozycji, dla odmiany, słyszałam już wiele - tak dobrego, jak i złego. Jedni mówią, że to po prostu połączenie harlequina z erotyką, co w sumie daje tandetny efekt. Inni chwalą jak mogą i podkrślają, że książka niesamowicie wciąga i wywołuje głęboko drzemiące emocje. Koleżanka z roku, która do książek sięga raczej rzadko, zwykle raczej z musu, polecała mi powieść James z wielkim rozemocjonowaniem. Większość przeczytała jednym tchem, w jedną noc, a to już musi coś znaczyć. Warto, więc bym sama przekonała się, co takiego elektryzującego ma ta książka, skoro tyle kobie jest nią zachwyconych.