Szaleństwo przedświąteczne w pełni, z tym że w mimo przypadku jest to nawał pracy i zadań na studiach. Zawsze mnie to zadziwiało – przez cały semestr właściwie nic się nie dzieje, a kiedy tylko zaczyna się grudzień, a do świąt coraz bliżej, wszystkim się przypomina, że coś trzeba zrobić, przeczytać, napisać, zaprezentować. Jednym słowem mam ręce pełne roboty, a do tego wychodzę z domu koło 7 i wracam nie wcześniej niż o 18. Zmęczenie zaczyna już dawać mi się we znaki.
Właśnie, dlatego poczułam kilka dni temu nieodpartą potrzebę zrelaksowania się przy książce, która kojarzyłaby mi się ze spokojem i odprężeniem. I przypomniałam sobie o powieści, którą czytałam jeszcze, jako nieduża dziewczynka i która zabrała mnie w swój zaczarowany świat, a mianowicie „Tajemniczy ogród” Frances Hodgson Burnett.
„(…) Po ścieżce wzdłuż muru przeleciał podmuch wiatru, silniejszy niż poprzednie. Był on dość mocy, by zakołysać konarami drzew, a tym bardziej, by rozgarnąć długie, zwieszające się z muru pędy nieprzycinanego bluszczu. Mary podeszła blisko do ptaszka naraz wiatr odchylił luźne pędy, a dziewczynka nagłym ruchem skoczyła, chwytając ręką coś, co dojrzała pod bluszczem. Była to okrągła gałka, zakryta liśćmi. Była to klamka od furtki.
Mary wsunęła ręce pod liście i poczęła je rozsuwać, rozgarniać na bok. Gęsto wiszący bluszcz tworzył jakby luźną, powiewną zasłonę, jakkolwiek niektóre gałęzie pięły się na drzewo i na żelazo. Serce dziewczynki poczęło bić jak młotem, a ręce drżeć ze szczęścia i podniecenia. A gil śpiewał i ćwierkał dalej, główkę zaś przechylał tak, jakby i on czuł się nie mniej podniecony.
Cóż to było, co Mary poczuła pod ręką – kwadratowe, żelazne, z otworem do klucza w środku? Był to zamek od furtki zamkniętego od dziesięciu lat ogrodu. Mary wsunęła rękę do kieszeni, wyciągnęła klucz i spostrzegła, że nadawał się do zamka. Włożyła klucz i przekręciła. Musiała użyć siły obu rąk, lecz w końcu osiągnęła skutek.
A potem pełną piersią zaczerpnęła powietrza, spojrzała poza siebie na długą ścieżkę, czy nikt nie nadchodzi. Lecz nie było żywego ducha. Zdawać by się mogło, że nikt tu nigdy nie przychodził; Mary powtórnie zaczerpnęła powietrza, przytrzymując bujającą się zasłonę bluszczu i popchnęła furtkę, która otworzyła się bardzo powoli.
Wśliznęła się do środka i zamknęła za sobą furtkę. Po czym oparła się o nią plecami, rozglądając się dokoła i oddychając pośpiesznie za szczęścia i radości.
Znajdowała się w tajemniczym ogrodzie!”
Myślę, że każdy, kto choć trochę przykładał się w szkole do języka polskiego zna tę powieść. To historia dziewczynki, która przybywa z Indii, gdzie straciła rodziców i dom, do Anglii, aby zamieszkać z jedynym krewnym, jaki jej pozostał. Mary nagle pozostawiona sama sobie szuka sposobu, aby jakoś zająć swój czas i wtedy właśnie dowiaduje się o tajemniczym ogrodzie zamkniętym na klucz, do którego nikt nie wchodził od 10 lat. Kiedy dziewczynka próbuje odnaleźć ogród poznaje również wiele ludzi, których ku swemu zdziwieniu zaczyna darzyć sympatią.
Choć jest to książka o małej samotnej dziewczynce to ma ona dla mnie swój niesamowity czar. Kiedy czytałam ją pierwszy raz, wraz z Mary przeżywałam niepowodzenia w jej poszukiwaniach i podniecenie, kiedy w końcu udało się ogród odnaleźć. Widziałam ten ogród przed oczami, czułam jego zapach, słyszałam śpiewające tam ptaki. Zapamiętałam też dobrze swój ulubiony fragment, kiedy Mary pierwszy raz widzi tajemniczy ogród.
„Było to tajemniczo wyglądające, najrozkoszniejsze miejsce, jakie można sobie wyobrazić. Wysoki mur, okalający ogród, od wewnątrz pokryty był bezlistnymi gałęziami pnących róż, tak gęstymi, że wprost nie do rozplątania. (…) Było tam mnóstwo róż sztamowych o tak rozrośniętych koronach, że wyglądały jak drzewa. W ogrodzie rosło jeszcze wiele innych drzew, a jakiś specjalny, czarowny urok nadawało mu to, że po wszystkich drzewach pięły się róże, wypuszczając w dół długie, wiotkie warkocze gałązek, chwytające się wzajem tu i ówdzie, czepiające się wyżej rosnących gałęzi i tworzące czarujące łuki i arkady. (…)
Słońce rzucało bogate snopy promieni na ten zamknięty w murach światek, w wysokie, błękitne sklepienie niebios wydawało się jeszcze świetniejsze i cudniejsze nad tym dziwnym zakątkiem Misselthwaite. (…)
Tu i ówdzie widniały ślady ścieżek wśród trawy, a w narożnikach były altany z wiecznie zielonych roślin, z kamiennymi ławeczkami i kamiennymi, omszałymi urnami. (…)”
Tym razem nie było już tak tajemniczo, ale samo wspomnienie o tym, jak się czułam czytając to kilkanaście lat temu sprawiło, że poczułam się znowu szczęśliwa, odprężona i pełna sił. Dzięki tej książce udało mi się w środku zimy przenieść tam, gdzie zaczynają kwitnąć róże, żonkile, narcyzy, a ziemia pachnie poranną rosą.
Poszłam do biblioteki, aby wypożyczyć „Tajemniczy ogród” po to, by zabrał mnie w inny świat i pozwolił zapomnieć o tym, jak szalony okres teraz przeżywam. I udało się.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz