Dziś za oknem znowu szaro, ponuro i zimno. Zatem, jak przystało na zmarzlucha, siedziałam w domu pod mięciutkim kocykiem i czytałam. Gdybym tylko każdy szary dzień mogła spędzać w taki sposób… Ale niestety, natłok obowiązków i ciągle piętrzących się spraw do załatwienia skutecznie mi to utrudnia. Jednakże każda wolna chwila jest dla książek – mojej największej miłości od dziecka.
Każda przeczytana kartka oddala mnie od rzeczywistości, przenosi w inny świat. A kiedy staję się obserwatorką losów bohaterów mogę zapomnieć o moich problemach i przeżywać wzloty i upadki postaci. Bardzo mi to pomaga, bo z natury jestem bardzo rozemocjonowaną osobą, więc każda, nawet mała rzecz, może sprawić, że całymi dniami się zamartwiam, czy denerwuje. Książki mnie oczyszczają, oddalają od problemów, pozwalają się wyciszyć. I dlatego je kocham, dlatego są dla mnie takie ważne. Pewnie dlatego też nie bywam wybredna – nie mam ulubionego gatunku, nie sugeruję się ocenami innych, nie odrzucam tego, co inni uznali za słabe. Uparcie przewracam kartka za kartką dopóki sprawia mi to radość i satysfakcję.
Od ostatnich kilku dni czytam sagę „Zmierzch”, a właściwie jej ostatnią część – „Przed świtem”. Po raz drugi już wróciłam do tej lektury pchnięta napierającymi na mnie z każdej strony trailerami nowego filmu, będącego ekranizacją powieści. Nie jestem, co prawda nastolatką, która piszczy na widok Roberta Patisona, czy miłosnych scen w filmie. Zresztą czasy, kiedy miałam „naście” już dawno mam za sobą. Muszę przyznać, że cały ten szum wokół całej sagi i filmów, ta ciągła krytyka słyszana z wielu stron, że to kiczowaty romans dla małych dziewczynek, odstraszyło mnie początkowo od sięgnięcia po dzieło Stephanie Meyer. Jednakże ostatecznie postanowiłam sama sprawdzić ile prawdy w tej krytyce, zresztą w myśl mojej zasady, żeby nie sugerować się innymi.
Oczywiście pierwszym, co mi się nasunęło podczas lektury to znany wszystkim kochającym książki fakt, że film nie umywa się do książki. To, co na ekranie jest za słodkie, zbyt rozckliwione i typowo w guście nastolatek. Książki to już zupełnie coś innego. Razem z bohaterką przeżywa się wszystkie targające nią emocje. Każda, nawet jej najmniejsza myśl, jest dla czytelnika znana. To jest chyba właściwie problem każdego filmu. Myślę, że nawet najdłuższa produkcja kinowa nie może ukazać tego wszystkiego, co możemy wyczytać na kartach książki. Także dlatego mam największy sentyment do ostatniej części sagi. Tam, nie tak jak w pozostałych trzech częściach, przebieg wydarzeń ukazany jest nie tylko z perspektywy Belli, ale również Jacoba. Spojrzenie na wydarzenia z dwóch różnych punktów widzenia jest ciekawsze, niż sama tylko opowieść głównej bohaterki. Uważam także, że zmiana narratora w momencie, kiedy Bella dowiaduję się o swojej ciąży jest także sprytnym posunięciem ze strony autorki. Nagle nie tylko rozumiem, co czuje cierpiący z miłości Jacob, ale nie mam też możliwości dowiedzieć się, co czuje Ona, więc próbuje wyczytać to między wierszami, a to zawsze jest bardzo atrakcyjne.
Dla mnie cała czwarta część „Zmierzchu” jest fenomenalna. Co chwila coś się dzieje, problemy i trudności się nawarstwiają, na czym korzysta fabuła. Tutaj nie można się skupić jedynie na przeżywaniu rozterek zakochanej dziewczyny. Tutaj wydarzenie goni wydarzenie – najpierw pełen emocji ślub i miesiąc miodowy, potem zagrażająca życiu ciążą i zagrożenie ze strony wilków, a kiedy wydaje się, że wszystko będzie już dobrze i nic nie może zakłócić sielanki, nagle pojawia się groźba Volturich i obawa o los wszystkich bohaterów.
Mimo, że „Przed świtem” na ponad 700 stron nie byłam w stanie czytać tego dłużej niż 3 dni. Nie potrafię się od niej oderwać. Zaczynam rozdział i myślę, że to będzie już ostatni na dziś, ale kiedy go kończę mimowolne zaczynam następny, bo nie mogę się doczekać tego, co czeka mnie za chwilę. Jest to dla mnie bardzo ważne – książki, które nie wywołują u mnie takich uczyć zwykle zaliczam do grupy nieciekawych i nużących. Z saga Meyer nie miałam takiego problemu. Każda z części była poruszająca, wciągająca i tajemnicza. Zgadzam się jednakże, że wizja wampirów w wydaniu tej autorki jest niespotykana i może zbyt „optymistyczna”, jednakże cenię ją właśnie za tę inność.
Dzięki sadze spędziłam długie godziny w świecie, który pozwolił mi choć na chwilę przypomnieć sobie, co to romantyczna, szalona, nie znająca żadnych granic miłość. I mimo, że w takową w realnym życiu nie wierzę to „Zmierzch” czaruje i przenosi tam, gdzie wszystko wydaje mi się prawdopodobne.
Krótko mówiąc czas spędzony przy tych książkach na pewno nie był stracony, wręcz przeciwnie, dzięki niemu jeszcze chętniej do nich wracam.

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz