niedziela, 23 listopada 2014

Kolejna wielotomowa seria

    Ostatnimi czasy bardzo często zdarza mi się, podczas wybierania kolejnej pozycji do przeczytania, trafić na powieści, które składają się z kilku tomów. Gdy przyjechałam do Anglii zaczęłam przeszukiwać Internet w poszukiwaniu elektronicznych wydań książek. Gdy tylko udawało mi się znaleźć coś, co mnie zainteresowało okazywało się, że dana seria składa się z czterech, pięciu. czy siedmiu części. W efekcie mój dysk został zapełniony folderami pełnymi poszczególnych tomów rożnych serii książek. Niestety w wyniku niefortunnego biegu zdarzeń wszystkie zostały stracone wraz z dniem, kiedy mój laptop postanowił przenieść na wcześniejszą emeryturę. Uratowała się tylko jedna z nich, którą planowałam przeczytać jako pierwszą, dzięki czemu przeniesiona została do pamięci tableta, służącego mi za e-czytnik. 

    Pierwszy raz na jeden z tomów owej powieści trafiłam będąc jeszcze na pierwszym roku studiów, gdy odkrywałam półki lokalnej szczecińskiej biblioteki. Książka nosiła tytuł "Zakochani", a opis z tyłu głosił, iż składają się na nią cztery opowiadania. Chcąc więc sobie zapewnić przyjemną rozrywkę przed snem, zagłębiając się w krótkie historyjki wzięłam ją do domu. Niestety okazało się, że historyjki choć krótkie są przerywnikiem w dłuższej opowieści. Przeczytanie ich bez zapoznawania się z głównymi częściami powieści nie powoduje żadnej szkody dla czytelnika - mam tu na myśli, że nie czuje się luk w wiedzy, gdyż opowiadania są poniekąd oderwane od głównego wątku. Jednakże moja wrodzona potrzeba poznawania rzeczy od początku do końca i zaczynania zawsze od jedynki, gdyż numery powstały w owym właśnie celu, sprawiła, że zwróciłam książkę nie przeczytawszy więcej niż dwóch kartek. Miałam zamiar wypożyczyć część pierwszą, jednak nie była ona dostępna w tamtej filii, więc zapomniałam o "Zakochanych" na długi czas.

     Wróciłam do nich właśnie, gdy w setkach obrazów odnalazłam okładkę części pierwszej, a opis zareklamował mi historię o upadłych aniołach - razem z demonami, niebem i piekłem tworzą mój ulubiony temat, tak do czytania, jak i oglądania. Tak zaczęła się moja wielogodzinna przygoda z serią Lauren Kate "UPADLI".


     Na powieść składa się pięć książek, ale jak już wspominałam "Zakochani"są tylko swoistym dodatkiem, przerywnikiem w głównej historii, który może być przeczytany tak po pierwszym, jak i po ostatnim tomie. Autorka opowiada historię młodej dziewczyny, która po tajemniczym pożarze, w którym zginął jej chłopak zostaje przeniesiona do specjalnie nadzorowanej szkoły dla trudnej młodzieży. Już pierwszego dnia w tłumie uczniów zauważa chłopaka, na którego widok jej serce zaczyna bić jak szalone. Im dłużej tam przebywa tym mocniejsze czuje do niego przyciąganie, choć od wyraźnie stara się ją do siebie zrazić. Lucy, czuje się zagubiona w nowym środowisku, a do tego nie rozumie skąd bierze się owa tajemnicza siła, która przyciąga ją do wrogo nastawionego Daniela. Wraz z jedną z uczennic, z która zawiera przyjaźń Lucy krok po kroku odkrywa, iż chłopak skrywa wiele tajemnic. Ostatecznie dowiaduje się, czegoś na co nie była przygotowana - że oto spotkała upadłego anioła, który kocha ją od wielu wieków, a przeznaczenia, nie ważne jak bardzo próbowałby z nim walczyć, zawsze splata ich ścieżki ze sobą. Rozpoczyna się trudna przeprawa do szczęśliwego związku z Danielem, na którego drodze stoją nie tylko wrogowie gotowi zniszczyć parę, ale i sama Lucy. Okazuje się bowiem, iż przez rzucone przed wiekami przekleństwo, gdy tylko Lucy zbyt zbliży się do Daniela umiera, by odrodzić się na nowo, w innym wcieleniu, zupełnie nie pamiętając, ani jego, ani ich miłości. A przypomnienie sobie owych wydarzeń wydaje się być kluczowe dla przełamania przekleństwa i zrozumienia dlaczego ten właśnie żywot Lucy tak różni się od wszystkich wcześniejszych.

    Fabuła powieści jest wyjątkowo pasjonująca, szczególnie jeśli jest się wielkim fanem takich tematów. Niektórzy pewnie rzekliby, iż zbyt przesłodzona i skierowana dla nastolatków, w czym zaprzeczyć nie mogę, gdyż znalazło się tam kilka zbyt cukierkowych i dramatów typowych dla nastolatków. Szczególnie postać Lucy od drugiego tomu może odrobinę irytować, kiedy (podobnie jak Bella w "Księżycu w nowiu") dostajemy kilkustronicowe przemyślenia i rozterki z rodzaju "kocha mnie, czy nie kocha, powinnam z nim być, czy może zostawić to wszystko". Jednak pozostała część historii wciągnęła mnie dogłębnie. Tak bardzo, iż nie zraziły mnie łzawe rozważania Lucy, a nawet tak, że chodziła przyklejona do ekranu czytnika praktycznie non stop. Przerwy robiłam tylko na pracę, szybkie jedzenie i sen, gdy powieki same już opadały. W efekcie tych pięć, może niezbyt okazałych, ale i też niekoniecznie cieniutkich, tomów przeczytałam w tydzień. Zakończenie nie rozczarowuje, co jest bardzo ważne w tego typu tematyce. Można powiedzieć, że w pewnym momencie wiedziało się już, że coś takiego może się wydarzyć, ale i tak było dobrze rozpisane i w wielu elementach zaskakujące. 

     Miałam z tą serią jeden problem, który zapewne wspólny jest dla wszystkich powieści złożonych z kilku tomów. Mianowicie, kiedy z pasją przewracach kartki czekasz też na jakieś wyjaśnienia, rozstrzygnięcia, coś co da odpowiedzi choć na część nurtujących pytań. Jednakże tutaj autorka budowała napięcie wyjątkowo po mistrzowsku - kiedy na końcu danego tomu wyjaśniała jedną kwestię, nagle pojawiało się kilka kolejnych, które jeszcze bardziej komplikowały całą sytuację. Czytałam, więc dalej licząc, że kolejny tom wyjaśni mi co i jak, ale moje wyjaśnienia dostałam właściwie dopiero na samym końcu. Momentami bywało to bardzo irytujące i przyznam, że po drugim tomie chciałam dać sobie spokój. Wygrała jednak ciekawość :) 

    Podsumowując - warto było spędzić te wszystkie godziny przy tych książkach. Oceniam je wysoko i polecam wszystkim fanom tematu nieba, piekła i zakazanej miłości. Choć jestem pewna, że po tej przygodzie zrobię sobie długą przerwę od książek złożonych z wielu tomów. 


środa, 15 października 2014

Jesień z kryminałem

      Ostatnimi czasy ze względów technicznych zmuszona zostałam do przerzucenia się na elektroniczne wersje książek. Ma to swój urok - na pewno łatwiej włożyć do torby tablet pełen wybranych pozycji, niż kilkanaście książek. Jednakże zapach i dźwięk szeleszczących kartek to coś, czego wciąż mi brakuje. Na szczęście mam w swojej maleńkiej biblioteczce kilka sztuk papierowych wydań. Jakiś czas temu więc postanowiłam z tego skorzystać i dać odpocząć elektronicznemu czytnikowi. 

          Wybór nie był szeroki, nie wspominając, iż połowa posiadanego zboru to powieści Harlana Cobena. Do sięgnięcia po twórczość owego autora natchnęła mnie przyjaciółka, która zaczytywała się w jego książkach i mówiła o nich z wielką ekscytacją. Musiało jednak minąć kilka miesięcy nim w końcu przypominałam sobie jej słowa i postanowiłam sama przekonać się, co takiego czarującego jest w dziełach Cobena. 

       Przyjaciółka zachwyciła się serią, którą łączyła postać głównego bohatera, Myrona Bolitara zdaje się detektywa. Ja jednak, wybierając pierwszą powieść nie zastanawiałam się czy trafię właśnie na tą serię czy nie. Wzięłam to, co wydawało mi się interesujące. I złożyło się tak, że z dwóch przeczytanych pozycji, żadna nie należy do serii o Bolitarze. 

             Pierwszą z powieści, „SZEŚĆ LAT PÓŹNIEJ”, przeczytałam w lipcu, postanowiłam jednak odłożyć jej ocenę do czasu, aż przeczytam innej książki autora. Drugą była „JEDYNA SZANSA” i muszę powiedzieć, że obie mnie nie rozczarowały. Świetnie rozpisana fabuła, wciągająca akcja i genialnie splatające się wątki. Dreszczyk emocji tak ważny w powieści kryminalnej jest odpowiednio podsycany przez autora, a jedna rozwiązana tajemnica odsłania dwie kolejne. Najbardziej podobało mi się jednak to, że właściwie do samego końca ciężko powiedzieć kto i dlaczego. W porównaniu na przykład do powieści Christie, gdzie łatwo domyślić się sprawców i ich motywacji, u Cobena kiedy już nabierzesz przekonania, iż już coś wiesz, nagle autor odkrywa kolejny szczegół, który obraca naszą pewność w perzynę. W „Jedynej szansie” osoba odpowiedzialna za wydarzenia naprawdę wywołała u mnie szok, gdyż posiadałam cały krąg podejrzanych, a ten jeden jedyny bohater znajdował się poza nim.


          Muszę przyznać, że mimo wszystko „Jedyna szansa” bardziej przypadła mi do gustu. Opowiada historię chirurga plastycznego, który zostaje postrzelony przez nieznanych sprawców podczas napadu na jego dom, żona umiera od kuli, a jego mała córeczka zostaje porwana. Porywacze wystosowują żądanie okupu, dostają pieniądze, jednakże nie oddają dziecka. Przez półtorej roku lekarz czeka na przełom w policyjnym śledztwie licząc, że w końcu odzyska ukochaną córkę. Jednakże brak postępów jest frustrujący, a kiedy policja z braku innych tropów zaczyna podejrzewać samego poszkodowanego bohater postanawia wziąć sprawy we własne ręce, szczególnie w momencie, kiedy porywacze zgłaszają się po kolejny okup. Wszystko jednak idzie źle, a im dłużej trwa walka o odzyskanie dziewczynki, na jaw wychodzi, że nie było to zwykłe porwanie, a sprawa jest bardziej skomplikowana niż mogłoby się wydawać. Upór ojca w walce o córkę nie zna jednak granic, a żadna przeszkoda nie jest dość trudna by nie można było znaleźć sposobu by ją pokonać. Pod koniec pojawia się chwila zwątpienia, gdy obawiałam się, że będąc o krok bohater zrezygnuje, jednakże ostatecznie zakończenie nie mogłoby być lepsze.


          Co się zaś tyczy „Sześć lat później” historia także dotyczy poszukiwania lecz innego rodzaju. Pisarz i wykładowca uniwersytecki poznaje na obozie pracy twórczej miłość swego życia. Spędza z nią niezwykły czas, który kończy się jednak tragicznie – dziewczyna oświadcza, że wychodzi za innego. Po ceremonii wymaga na  bohaterze obietnicę, że nie będzie jej dręczył i pozwoli jej i jej nowemu mężowi żyć w spokoju. Jake trwa w tej obietnicy przez sześć lat, starając się żyć najlepiej i zapomnieć o ukochanej. Jednakże pewnego dnia przypadkiem natrafia w Internecie na nekrolog męża dziewczyny. Zaczyna więc zastanawiać się, co się z nią dzieje, gdzie jest i czy może teraz jest nadzieja na ponowne bycie razem. Postanawia odszukać dziewczynę, jednak okazuje się to być wyjątkowo trudne zadanie. Wokół niej dzieją się bowiem mroczne i tajemnicze rzeczy, a ona sama jakby zapadła się pod ziemię. W drodze do prawdy Jake wplątuje się w intrygę, która go zaskakuje i ponosi ofiary, których się nie spodziewał. Zakończenie nie tak radosne jak w „Jedynej szansie”, ale za to bardziej życiowo słodko-gorzkie.

            Obie pozycje zdecydowanie przekonały mnie do Harlana Cobena i jestem pewna, że wrócę jeszcze do jego twórczości. Możliwe, że zagości któregoś dnia na mojej liście ukochanych autorów. Dziś jest godny polecenia dla wszystkich, nie tylko dla fanów dobrego kryminału, ale także dla tych, którzy cenią świetnie napisane książki i czas przy nich spędzony.

środa, 10 września 2014

Potok wylanych łez

          Od kiedy mój dostęp do biblioteki został drastycznie ograniczony wybór kolejnych pozycji czytelniczych miesiąca odbywa się na wiele zaskakujących sposobów. Choćby książka, o której zamierzam mówić - nie byłam nawet świadoma jej istnienia. Czasem zastanawiam się czy to nie świadczy o mnie źle, jako o zapalonej czytelniczce, ale wybór autorów i tematów przez nich poruszanych jest tak szeroki, że ciężko być ze wszystkim na bieżąco. Nie o tym jednak miałam mówić... 

          Jakiś czas temu przeglądałam jedną z witryn internetowych przedstawiającą wybór kinowych nowości. Tam po raz pierwszy w oczy rzucił mi się tytuł "GWIAZD NASZYCH WINA". Nie zaszczyciłam go jednak większą uwagą. Dopiero po jakimś czasie, gdy na tej samej witrynie zobaczyłam go znowu poświęciłam mu chwilę czasu i przeczytałam opis. W nim też wspomniano, iż owy film jest ekranizacją powieści Johna Greena. Odszukałam, więc książkę o tym samym tytule i zdecydowałam od niej zacząć przygodę. 


          Muszę przyznać, że sam opis nie zachęcił mnie do jej przeczytania. Byłam dość sceptyczna, co do historii opowiadającej o chorej na raka dziewczynie. Pomyślałam, że będzie przede wszystkim smutno i (nie wiedzieć skąd taka myśl) zakończy się śmiercią bohaterki. Jednakże ze względu na fakt, iż po Kingu postanowiłam zmienić tematykę, dałam szansę Johnowi Greenowi. I bardzo cieszę się, że to zrobiłam. Dawno już nie czytałam nic tak wspaniałego - pokochałam tą książkę wielką miłością. Jest zabawna, wyważona i nieszablonowa, pomimo tematu jaki podejmuje. Jak wspominałam bohaterką opowieści jest 
szesnastoletnia Hazel chora na raka płuc, której życie trwa wciąż dzięki eksperymentalnej terapii i butli z tlenem, bez której nigdzie nie może się ruszyć. Jednakże Hazel ogranicza się jedynie do przesiadywania w domu z książkami jako jedynymi przyjaciółmi. Wciąż podkreśla, że lepiej dla wszystkich byłoby gdyby już nie żyła, że życie z rakiem nie jest sielanką, ale jeszcze gorsze jest wszechobecne współczucie innych, Zmuszona przez mamę pewnego dnia wybiera się na spotkanie grupy wsparcia, gdzie poznaje Augustusa - chłopaka, który w wyniku raka stracił nogę. Gus wydaje się być bardzo zafascynowany Hazel, dla której jest to wielkim zdziwieniem. Zaczynają oni spędzać ze sobą coraz więcej czasu, a Gus pokazuje dziewczynie, że życie z rakiem też może być piękne. Oboje mają zresztą takie same spojrzenie na ową chorobę - walczą z mitem, że chorzy na raka do końca swoich dni dzielnie stawiają czoła swojej chorobie, raczej proszą o śmierć, kiedy jest już tak źle, że nadzieja na poprawę umiera. Wśród tych egzystencjalnych rozmów o życiu i śmierci, o sensie trwania i potrzebie pozostawienia po sobie śladu na ziemi rodzi się między nimi uczucie. Niby nastoletnia miłość, jednakże silniejsza, bo podszyta chorobą i walką o życie.       

          "Nie masz wpływu na to, że ktoś cię zrani na tym świecie, ale masz coś do powiedzenia na temat tego, kim ta osoba będzie". 

          Oddanie Gusa od początku ściskało mnie za serce. Odwracałam każdą następną stronę z lękiem czekając na moment, w którym okaże się, że rak wygrał z miłością i w końcu pozbawił Hazel tlenu w płucach. Kiedy pojawił się moment, w którym dziewczynie się pogarsza czytałam już rozszyfrowując wyrazy przez łzy. Dopiero po jakimś czasie uświadomiłam sobie, że jestem w połowie powieści, więc nie jest to raczej moment, który autor uznałby za odpowiedni do uśmiercenia swojego bohatera. Potem pojawia się Amsterdam - podróż w ramach spełnienia ostatniego marzenia przed śmiercią. Muszę przyznać, że ten motyw sprawił tylko, że jeszcze bardziej doceniłam tą książkę. Kocham to miasto, jak żadne inne miejsce na świecie. Ma taki cudowny klimat, dzięki któremu człowiek czuje się tam taki wolny i niezależny, jakby mógł zrobić wszystko, co tylko sobie zamarzy. Green zdaje się mieć takie same zdanie, gdyż wspaniale ujął to opisując wspólne chwile Gusa i Hazel w Amsterdamie. Potem jednak następuje moment tragiczny, moment, którego się nie spodziewałam. I mimo, iż pojawia się potem jeszcze kilka rozdziałów płakałam już właściwie przez cały czas. Zakończenie było już istnym potokiem łez, a po przeczytaniu ostatnich zdań byłam jak mała dziewczynka powtarzająca, że to niesprawiedliwe oraz że nie tak miało być. 



          Następnego dnia po zakończeniu książki uznałam, że warto zobaczyć film, skoro to przez niego trafiłam na Greena. Włączyłam go całkiem pewna, że po tych wszystkich łzach podczas czytania obejrzę go właściwie bez emocji. Jakże się myliłam!! Przepłakałam prawie cały - jak tylko zobaczyłam pierwszych kilka scen wiedziała, co będzie dalej i emocje wzięły górę. Ostatnio tak płakałam oglądając po raz nie-wiem-już-nawet-który "Pamiętnik". Wszystko to sprawiło, że przez kilka następnych dni nie mogłam się pozbierać i sięgnąć po kolejną powieść. Czułam, że taka historia zasługuje na to, aby ją celebrować i przeżyć po niej żałobę. Tak, brzmi śmiesznie, ale ci którzy potrafią docenić piękno literatury zapewne znają to uczucie...   Cieszę się, że sięgnęłam po "Gwiazd naszych wina" i że wylałam nad nią to morze łez. To książka bardzo warta przeczytania. Piękna i wartościowa! Myślę, że jeszcze kiedyś do niej wrócę. 

wtorek, 2 września 2014

Znowu z Kingiem



           Od czasu przeprowadzki czytanie stało się utrudnione – nie ma tu bibliotek z polskimi książkami, a mój angielski nie jest na tyle dobry by czytać powieści w tym języku. Przekonałam się o tym, gdyż podjęłam próbę idąc do pobliskiej biblioteki by znaleźć coś, na czym mogłabym przećwiczyć swoje możliwości. Wybrałam oczywiście Spehena Kinga – wielką frajdą bowiem jest poznanie twórczości ulubionego autora w oryginale, nie w przekładzie. Plan był taki aby sięgnąć po coś, co już znam, aby łatwiej rozumiało mi się tekst. Niestety, okazało się, że moja nowa biblioteka jest zbyt mała by poszczycić się znaczącą kolekcją książek Kinga – znalazłam jedynie dwie. Wybrałam tę, którą jakiś czas wcześniej, jeszcze będąc w Polsce chciałam zakupić w księgarni – „Doktor Sen”.


            Zacznę od tego, że przewracając pierwsze kartki nie miałam świadomości, że powieść ta jest kontynuacją „Lśnienia” – nie czytałam bowiem recenzji, ani żadnych opisów dotyczących tej pozycji. Autor nawiązuje jednak do swego kultowego horroru już na pierwszych stronach. Przeraziło mnie to odrobinę, gdyż (choć wstyd się przyznać) nigdy „Lśnienia” nie przeczytałam. Powód jest dość prozaiczny – będąc dzieckiem, zbyt małym zresztą na tego typu kino, obejrzałam filmową adaptację dzieła, która przeraziła mnie na tyle, że przez długi czas nie miałam odwagi sięgnąć po tę książkę. Może to wydaje się zabawne, ale dobra książka potrafi zapewnić mi koszmary na wiele nocy i przerazić mnie skuteczniej niż jakikolwiek film. Z czasem, kiedy poczułam się gotowa na koszmary „Lśnienia” wciąż odkładałam ten moment na później, gdyż uznałam, że dzięki filmowi fabuła jest mi znana, a zawsze było tyle innych kingowskich powieści, których wciąż nie znam. Takim to sposobem znalazłam się na kanapie z kontynuacją dzieła, którego nie znałam właściwie zbyt dobrze (film bowiem zawsze pozostanie dla mnie tylko słabą namiastką książki, nie przekazującą wszystkiego czego na kartkach dowiedzieć się można). I właśnie to mnie odrobinę zaniepokoiło, że zagłębię się w treść, gdzie znajdę wiele nawiązań do pierwszej części, których nie pojmę, co przeszkodzi mi w odbiorze fabuły. Okazało się, że moje obawy okazały się bezpodstawne.
            „Doktor Sen” opowiada historię Dana Torrance, który dawno przestał być już dawno małym chłopcem. Jest mężczyzną, który musiał iść przez życie ze swoim talentem/przekleństwem nie zawsze sobie z nim radząc. Dlatego zaczął pić i robił to coraz częściej, aż w końcu alkohol stał się jego sposobem na przetrwanie. Skupiamy się na jego historii w momencie, kiedy traci kolejną pracę, budzi się skacowany u boku jakiejś przypadkowo poznanej w barze kobiety bez pieniędzy i świadomości wydarzeń poprzedniego wieczoru. Próbując ogarnąć się na tyle by móc funkcjonować zauważa w domu małego chłopca, syna przypadkowej partnerki, który próbuje sięgnąć po pozostawioną w nocy na stoliku przez Dana i kobietę kokainę. Mężczyzna zapobiega temu, ale bez większej właściwie skruchy zabiera z portfela kobiety pieniądze i pozostawia ją bez słowa wraz z jej synkiem. Potem przez długi czas męczy go z tego powodu sumienie, ale zagłusza je alkoholem. Z powodu utraty pracy i właściwie wszystkich perspektyw w dotychczasowym mieście rusza w drogę by znaleźć sobie nowy dom. Wsiada do autobusu i jedzie tak długo, aż jakiś głos w jego głowie mówi, że pora wysiadać. Dociera do małego miasteczka, gdzie po jakimś czasie zaczyna pracować w hospicjum. Dzięki swoim zdolnościom pomaga staruszkom przejść w spokoju i bez strachu do krainy śmierci, dlatego zaczynają go nazywać doktor Sen. Rozpoczyna również leczenie w grupie AA by w końcu zerwać z piciem. Przez to nie może już zagłuszać głosów w swojej głowie, ale radzi sobie z tym całkiem nieźle aż do momentu pojawienia się małej Abry. Dziewczynka jest drugą ważną postacią tej powieści – ma wiele niezwykłych zdolności, które przerażają jej rodziców. Nie wydają się być jednak groźne dopóki dzięki nim nie wplątuje się w kłopoty z grupą, która nazywa siebie Prawdziwym Węzłem. To istoty, które żywią się, jak sami to określają, parą wysysaną z przerażenia umierających dzieci, a najbardziej wartościowe są dla nich dzieci właśnie tak wyjątkowe jak Abra. W odpowiednim momencie losy ich wszystkich – Dana, Abry i Prawdziwego Węzła – łączą się prowadząc do tym razem nie aż tak bardzo zaskakującego zakończenia.
            Powieści tej nie nazwałabym horrorem – jest w niej wiele postaci z niesamowitymi talentami, jednak Prawdziwy Węzeł, główny czarny charakter, nie przeraża aż tak bardzo. Jest właściwie jak inni porywający i mordujący dzieci psychopaci, godny pożałowania i zasługujący na karę. Fabuła jest jednak wyjątkowo wciągająca, szczególnie od momentu, kiedy Abra i Dan w końcu się poznają. Ich historia i to, co ich łączy jest jedną z rzeczy, której na pewno się nie spodziewałam. Świetny rozwój akcji i bardzo przyjemne zakończenie. Pikanterii dodają trzymające w napięciu momenty, szczególnie związane z pościgiem za Prawdziwymi i zapewnianiem Abrze bezpieczeństwa przed nimi. Warto jednak zwrócić uwagę, że większość akcji z tym związanej to ostatnia część książki. Pierwsze dość mocno skupiają się na Danie i na jego życiu, na jego wychodzeniu z problemu alkoholowego. Autor pokazuje nam jak wiele wysiłku musiał włożyć, jak wiele cierpliwości wykazywać co dnia by wytrwać w trzeźwości. I o ile trudniejsze było to dla niego niż dla innych, gdyż posiadał swój niezwykły dar, przez którego bywał dręczony.

            Podsumowując książka okazała się naprawdę świetną pozycją, kolejną w dorobku Kinga. I kolejną, która upewniła mnie w przekonaniu, że to jeden z moich ulubionych autorów, bez którego nie mogłabym zbyt długo żyć. Świetnie spędziłam czas z tą powieścią i z czystym sumieniem oceniłabym ją na 9 w dziesięciopunktowej skali. 

wtorek, 29 lipca 2014

Pierwsze spotkanie z Christie



     Ostatnie tygodnie to było istne szaleństwo, same ważne sprawy do załatwienia. Obrona pracy i koniec studiów. Przygotowania do wyjazdu, pakowanie, ciągłe podróże do Szczecina i powroty do domu. Wyprowadzka przyniosła ze sobą również pożegnanie z miejskimi bibliotekami, których brakować będzie mi bardzo. W podróżach zatem towarzyszyć mi musiały książki pożyczone od rodziny. Pierwszą z nich ściągnęłam z półki dziewczyny Brata. Wybór był prosty, gdyż wśród samych hiszpańskojęzycznych pozycji tylko kryminał Agathy Christie okazał się być po polsku. 


     Wiele razy natrafiałam w bibliotekach na książki tej brytyjskiej autorki, co zresztą nie było trudne, gdyż jako znana ze swoich kryminalnych powieści wydała ich dość dużo. Każdy, kto żyje za pan brat z literaturą kojarzy choćby tytuł "Morderstwo w Orient Expressie", nawet jeśli nigdy się z nim nie zapoznał (jak na przykład ja). Muszę jednak przyznać, że ani wtedy ani teraz do Christie mnie nie ciągnęło. Lubię powieści kryminalne, pełne intryg, tajemnic i niespodziewanych zwrotów akcji, jednakże z jakiegoś nawet mi nie znanego powodu akurat do tej pisarki podchodziłam z rezerwą i zapoznanie się z jej twórczością i stylem wciąż odkładałam na później. 

     Gdy, więc zabrałam z półki Angeliki powieść "Kot wśród gołębi" wcale nie czułam tych emocji, jaki zwykle budzi we mnie rozpoczynanie nowej książki. Dwa króciutkie rozdziały czytałam cały dzień, gdyż co chwila odkładałam czytanie aby zrobić coś innego. Dopiero w chwili samotności, w podróży, naprawdę poczułam zainteresowanie fabułą. I cóż mogę powiedzieć - dałabym powieści Christie 7/10. 


     Książka opowiada właściwie historię diamentów stanowiących własność szejka jednego z islamskich państw, które chyli się ku rewolucji. Monarcha zdając sobie sprawę z sytuacji i zbliżającej się dla niego klęski przekazuje drogocenne klejnoty zaufanemu przyjacielowi, brytyjskiemu pilotowi z poleceniem przewiezienia ich do Anglii. Ten początkowo chce szukać rady i pomocy u siostry, która wraz z córką przebywa w owym państwie na zdrowotnym urlopie. Jednakże nie zastając jej w hotelowym pokoju zostawia jej wiadomość o późniejszym spotkaniu licząc, że wtedy rozwiąże problem skarbu. Niestety do spotkania nie dochodzi, gdyż siostra i siostrzenica zostają po powrocie natychmiastowo ewakuowane z kraju z obawy przed rewolucją. Dziewczynka po powrocie do kraju rozpoczyna naukę w jednej z prywatnych, brytyjskich szkół dla dziewcząt, bardzo zresztą prestiżowej i z wieloletnimi tradycjami. W tym roku jednak naukę i ustalony grafik zakłóca zamordowanie jednej z nauczycielek. Policja tkwi w martwym punkcie, a dyrektorka zabiega o nie nagłaśnianie sprawy z obawy przed utratą jej renomy. Niestety po jednym morderstwie przychodzi następne i kolejne. Szkoła traci renomę i kadrę, a śledztwo wcale nie posuwa się na przód. Okazuje się, że klejnoty islamskiego szejka tylko po części mają związek wydarzeniami. Niemniej jednak szuka ich wiele osób, a kiedy w końcu komuś się udaje nie jest to osobą, której byśmy oczekiwali. 

     Na pewno plusem jest interesująca fabuła oraz istnienie dwóch początkowo odrębnych wątków, które w kluczowym momencie łączą się ze sobą, co dodaje pikanterii toczącej się akcji. Ciekawe postacie i miejsce akcji. Dość przyjemne dla czytelnika jest również fakt, że autorka przedstawia historię z perspektywy wielu bohaterów, w zależności od miejsca akcji. Nie skupia się na dwóch/trzech najważniejszych. To pozwala do końca trzymać czytelnika w niepewności, co do rozwiązania akcji, gdyż nie wszystkie tajemnice zostają odkrywane. Bez wątpienia napisana lekko przez co, czyta się przyjemnie i szybko. Fabuła nie jest rozlazła i nie zawiera niepotrzebnych rozważań autorki, niezwiązanych z akcją i odciągających od dziejących się wydarzeń. Co do minusów, z przykrością muszę stwierdzić, że pomimo pierwszego spotkania z twórczością autorki powieść od samego początku była dla mnie dość przewidywalna i schematyczna. Możliwe iż ma to związek z faktem, że przeczytałam już znaczną ilość kryminałów, które jednak, mimo różnych autorów, powtarzają z góry ustalony szkic. W każdym razie w "Kot wśród gołębi" nie zaskoczyło mnie zupełnie nic, może jedynie z małym wyjątkiem dotyczącym jednej z uczennic. Był to jednak wątek nie aż tak mocno związany z przebiegiem całej akcji. 

     Książka warta przeczytania. Może nie pokochałam dzięki niej twórczości Agathy Christie, ale na pewno poświęcę chwilę na zapoznanie się z innymi jej pozycjami, choćby po to, by przekonać się, czy zachowuje swój styl w pozostałych książkach. Kto wie, może inny tytuł okaże się być dla mnie bardziej porywający. Nie można też zapominać o lekkości i przyjemności z jaką mimo wszystko czytało mi się ową pozycję. Zdecydowanie dla relaksu w wolne, weekendowe popołudnie jest to pozycja idealna. 

środa, 25 czerwca 2014

Rozmarzony początek lata



          Ufff, w końcu mogę powiedzieć, że całe to naukowe szaleństwo już prawie za mną. Wszystkie ważne sprawy załatwione, egzaminy zdane, praca złożona. Zostało jedynie czekać na dzień obrony i studia skończone. W całym tym wirze wydarzeń nawet nie jestem do końca pewna czy się cieszę, czy jednak jest mi przykro. Myślę, że wszystkiego po trochu.. Jednak nie rozmyślam nad tym za dużo, bo w moim przypadku zwykle nic dobrego to nie przynosi.
   
           Właśnie dlatego czytam :) To bez wątpienia najlepszy aspekt tego okresu - znowu mam dużo wolnego czasu. Na tyle by spokojnie usiąść oparta o poduszki, z koktajlem z truskawek w ręku i zagłębić się w powieść. Niestety wybór lektury mam z kolei dość ograniczony. Biblioteki miejskie zamknęły dla mnie swe drzwi, gdyż jestem tuż przed wyprowadzką, a moja prywatna półka mieści pozycje, które już przeczytałam. Zostało niewiele tych, które czekają na swoją kolej. Jedną z nich okazała się być kolejna książka mojego ukochanego autora - Stephen King znowu na tapecie, a konkretnie "Sklepik z marzeniami".


          To malutkie kieszonkowe wydanie leżało na mojej półce już od bardzo dawno. Ciągle czekało na odpowiedni moment. Co więcej dwa razy wcześniej zaczynałam już nawet je czytać, jednak ostatecznie po kilku rozdziałach nie mogłam poczuć tego specyficznego klimatu i Sklepik wracał na półkę zastępowany przez inną książę. Tym razem jednak został ze mną na dłużej, do ostatniej swojej strony. Okazało się, że pomimo dość sennego wstępu powieść, jak można się tego spodziewać po działach Kinga, jest naprawdę na wysokim poziomie i ma to wszystko, co dobra książka mieć powinna. Jest interesująca fabuła, wciągająca w sposób, który kocham najbardziej - tak, że nie można się oderwać i ciągle okłamuje się samego siebie "już ostatni rozdział i kończę". Jest dreszczyk emocji i kropelka niewiedzy przy zakończeniu każdej kolejnej kartki. Są wielowymiarowi bohaterowie, którym w jednej chwili się kibicuje, aby za chwilę okazało się, że nie są oni wcale tacy krystaliczni i idealni. Jest również to specyficzne, kingowskie zakończenie - ze zwyciężającym dobrem, ale bardzo metafizyczne i nieprawdopodobne. 

          "Sklepik z marzeniami" przedstawia krótki okres z życia mieszkańców małego miasteczka. Okres, w którym otwarty zostaje nowy, bardzo kuszący sklep. Sklep, w którym kupić można wyjątkowe towary. Sklep, w którym każdy znajdzie coś dla siebie. Wystarczy pohandlować z eleganckim, uprzejmym właścicielem i zapłacić wynegocjowaną cenę. Jednakże zwykle cenę różniącą się od dosłownego znaczenia tego słowa. Cenę z pozoru niewinną i nikomu nie szkodzącą, ale ostatecznie rozpoczynającą przebieg wydarzeń porównywalny do efektu domina. Warto jednakże również zwrócić uwagę, że w z pozoru fikcyjnej fabule autor zawarł wiele aspektów życia ludzkiego, z którym spotkać możemy się na co dzień. To tak naprawdę, przede wszystkim opowieść o ludzkiej chciwości i zawiści, o drzemiącej w głębi każdego ludzkiego serca zazdrości o drugiego człowieka.  Opowieść o wielkiej chęci posiadania rzeczy wyjątkowych, którymi określamy swoją wartość i które często przysłaniają nam to, co w życiu najważniejsze, wiodąc nas ku upadkowi. To opowieść o tych, którzy gotowi są oddać serce i dusze byleby dostać to, czego wydaje się im, że pragną. Wszystko to w tak klimatycznej i oczarowującej aurze, jaką tylko Stephen King potrafi stworzyć. I mamy prawie 700 stron, od których nie sposób się oderwać.  

          

środa, 30 kwietnia 2014

Wielkanocna chwila wytchnienia



      Im bliżej końca roku akademickiego tym mniej mam czasu na cokolwiek innego niż pisanie. Poświęcam każdy dzień na osiągnięcie celu - napisanie pracy magisterskiej i zakończenie przygody ze studiami w Szczecinie. Małymi krokami, ale codziennie jestem coraz bliżej. Niestety wszystko ma swoją cenę - nawet jak mam wolną chwilę muszę zająć się innymi przyziemnymi rzeczami jak sprzątanie, gotowanie itp. Poza tym treningi przez półtorej godziny dziennie, no i trochę czasu dla mojego W. To wszystko razem sprawia, że nie mam kiedy spokojnie usiąść z książką i zapomnieć o wszystkim. 

       Przerwa wielkanocna też nie była w zasadzie dla mnie przerwą. Obowiązki w domu rodzinnym, praca i treningi - tak wyglądał każdy dzień. Dopiero w dzień Wielkanocy uznałam, że zasłużyłam na chwilę odpoczynku i relaksu, a książka w moich rękach znalazła się zupełnie przypadkiem. Nie planowałam bowiem zbyt wiele czasu wolnego, więc nie zabrałam ze sobą nic do przeczytania, jedynie książki potrzebne do analizy tematu magisterki. Jednak moja Mama okazała się być wyjątkowo pomocna w tym względzie i kupiła w jednej z księgarni powieść kryminalną. Oczywiście kupiła ją dla siebie, ale kiedy przyniosła ją by mi się pochwalić uznałam, że warto przejrzeć kilka stron by przekonać się z czym mam do czynienia. Jak można się było spodziewać kilka kartek zmieniło się w kilkadziesiąt, a potem w kilkaset. Nie oderwała się od powieści aż do poniedziałku wieczorem - po pierwsze dlatego, że akcja była bardzo interesująca, a po drugie dlatego, że moja Mama mieszka za granicą, więc musiałam oddać jej książkę we wtorek z rana, przed wyjazdem.

         Te dwa dni z nosem w zadrukowanych kartkach przypomniały mi jak bardzo za tym tęsknie, jak brakuje mi zapachu i szelestu przerzucanych stron i tego dreszczyku niepewności co będzie dalej. I przede wszystkim tego uczucia, kiedy czytasz i rzeczywistość wokół przestaje istnieć, problemy przestają się liczyć, ważne jest tylko, co zrobi bohater, co się z nim stanie, do jakiego zakończenia to doprowadzi. No cóż, powtarzam sobie od tamtego momentu, że jeszcze dwa miesiące i będę miała więcej czasu dla siebie i żeby móc wrócić do tego.

         W każdym razie powieść - to sensacyjno-kryminalna historia brytyjskiego autora Lee Childa'a, z którego twórczością nie miała do tej pory przyjemności się zetknąć. "POZIOM ŚMIERCI" jak się okazało jest częścią luźno powiązanego ze sobą cyklu, który łączy w całość osoba bohatera - Jack Reacher. To były major żandarmerii wojskowej, który skończył już swoją służbę dla kraju i postanowił zakosztować odrobinę prawdziwej wolności. Wolności, która oznacza dla niego nieskrępowaną możliwość podróżowania tam gdzie chce i kiedy chce, bez przywiązywania się do jakiegokolwiek miejsca i ludzi. 


        Spontanicznie rozpoczyna on swoją przygodę od odwiedzenia małego miasteczka, w którym, jak głoszą słuchy, zakończył swoje życie znany bluesowy wykonawca, którego twórczością interesował się Reacher. Niestety miła podróż już na samym początku idzie w złym kierunku - Jack zostaje aresztowany przej miejscową policję, która podejrzewa go o popełnienie brutalnego morderstwa. Dość szybko bohater udowadnia, że jest niewinny i nie ma zupełnie związku z zaistniałą sytuacją. Sam jednak zostaje zaskoczony, że ma więcej związku z wydarzeniami niż mógłby się spodziewać. Z każdą chwilą pojawiają się nowe okoliczności, a morderstwo okazuje się być szczytem góry lodowej, skrywającej gigantyczną tajemnicę na skalę międzynarodową. Do tego morderstwo w miasteczku, które z pozoru wydaje się być spokojne i dobrze prosperujące, jednak po bliższym spojrzeniu zbyt spokojne, zbyt idealne i zbyt czyste.A Jack Reacher wbrew swoim początkowym założeniom zostaje jednym z niewielu, którzy mogą doprowadzić do rozwiązania tej skomplikowanej sprawy. 

       Książka napisana w sposób, który zasługuje na jak najwyższą ocenę. świetna fabuła, trzymająca w napięciu akcja, a całość utrzymana na dobrym poziomie. Zaczyna się obiecująco i zakończenie również nie rozczarowuje, a wręcz podsyca do sięgnięcia do kolejnej powieści o Jacku Reacherze. Książka w stylu, który lubię, a do tego napisana tak, że kończąc rozdział ciężko jest zrobić sobie przerwę przed rozpoczęciem kolejnego, a to dla mnie wyjątkowo ważne we wszystkim, co czytam. Podsumowując cieszę się, że to akurat ta powieść trafiła w moje ręce i pozwoliła mi zrelaksować się w te dwa krótkie dni mojego resetu. 

środa, 19 marca 2014

Tematy jak najbardziej poważne

     Mało sprzyjający jest ten 2014 jeśli chodzi o czas, który mogę poświęcać książkom. Oczywiście czytam i to dużo, jednakże ze względów technicznych są to książki raczej nie z półki "rozrywka". Jestem już na ostatniej prostej do zakończenia przygody ze studiami, a tworzenie pracy magisterskiej jest pracochłonne i wymaga sięgania po konkretny rodzaj literatury. W większości są to pozycje typowo akademickie, pozycje których omawiać i oceniać nie trzeba. 

     Jednakże przez ten czas trafiły w moje ręce ręce również reportaże i wspomnienia, które wywarły na mnie takie wrażenie, iż uznałam za stosowne wspomnieć tutaj o nich. Wszystkie, w mniejszym lub większym stopniu, dotyczą miejsca na świecie, o którym mówi się mało, a w którym dzieje się wiele. Afganistan - państwo na Bliskim Wschodzie, gdzie od ponad 10 lat USA wraz z sojusznikami prowadzi wymagające militarne działania. Działania zainicjowane przez wydarzenia z 11 września 2001 r., nazwane "wojną z terroryzmem", teraz po latach zmierzające do ustabilizowanie trudnej sytuacji wewnętrznej tego kraju. 

Okładka książki Niełatwy dzieńOkładka książki Afganistan. Po co nam ta wojna?Okładka książki Afganistan. Dotknąłem wojny

     Pierwsza pozycja to reportaż autora, który postanowili sytuacją Afganistanu zainteresować się bardziej niż inni, przeciętni polscy obywatele i w tym celu odbył podróż do targanego wojną kraju. Piotr Langenfeld w swoim DOTKNĄŁEM WOJNY skupia się na pokazania codzienności żołnierzy przebywających na misji. Przebywał w Afganistanie dwukrotnie i dwukrotnie towarzyszył US Army w działaniach na bezdrożach kraju. Relacja o tyle fascynująca, że autor nie pokazuje wyłącznie codzienności bezpiecznych baz, ale relacjonuje patrole, konwoje i potyczki z talibami, w których brał udział. Przedstawia rozmowy z żołnierzami, ich spojrzenie na tą wielką międzynarodową misję, poglądy prostych, zwyczajnych Afgańczyków, którzy są już zmęczeni wojną i marzą o spokojnym życiu, w którym nie musieliby martwić się o przetrwanie kolejnego dnia. Langenfeld próbuje zrozumieć i pokazać dzisiejszy Afganistan takim jakim jest - z jednej strony ogarnięty wojną, pełen żołnierzy, rebeliantów, ostrzałów, zbrodni, a z drugiej rodzinny dom wielu zwykłych ludzi, którzy marzą by ich ojczyzna w końcu stała się miejsce, gdzie można by było prowadzić godne i spokojne życie.
    
     Druga z książek - PO CO NAM TA WOJNA? - jest efektem pracy dwóch dziennikarzy Newsweeka, którzy również odbyli podróż po Afganistanie oraz przygranicznych terenach Pakistanu, które utrudniają stosunki między tymi krajami. Tutaj także autorzy przedstawiają nam szarą rzeczywistość obu wspomnianych krajów, jednakże bardziej z politycznej perspektywy niż z punktu widzenia zwykłych ludzi. Dziennikarze starają się odpowiedzieć na zadane w tytule pytanie, poruszając tym samym takie kwestie, jak pojawiające się po latach działań głosy czy Amerykanie faktycznie pojechali do Afganistanu tylko walczyć z terroryzmem. Szukają też sensu w polskiej obecności w tym kraju, zastanawiają się czy ta długoletnia misja jest w stanie zakończyć się sukcesem i czy prowadzone działania są adekwatne do potrzeb państwa. Książka napisana została jednak po ponad 5 latach od rozpoczęcia misji, zatem wiele zmieniło się przez kolejnych osiem, w tym amerykańska strategia wobec Afganistanu. Mimo to autorzy poruszyli wiele kwestii, które do dziś pozostają aktualne, które mimo upływu lat nadal są nierozwiązane i stanowią znaczący problem w prowadzonych działaniach. 

     Ostatnia pozycja z Afganistanem wspólnego ma już nie tak wiele. Wiąże go z tym tematem osoba Osamy bin Ladena, przywódcy znanej na całym świecie grupy terrorystycznej Al-Kaidy. NIEŁATWY DZIEŃ to wspomnienia spisane przez jednego z komandosów najbardziej prestiżowej amerykańskiej jednostki - Navy SEAL Team Six. Autor, piszący oczywiście pod pseudonimem, nim opowiada o najsławniejszej na cały świat akcji przedstawia najpierw szczegóły funkcjonowania jednostki - od szkolenia dla rekrutów, aż po ćwiczenia przeprowadzane na potrzeby konkretnych misji. Wspomina również o sławnej misji, która doczekała się swojej kinowej ekranizacji - o akcji odbicia z rąk piratów kapitana Richarda Philipsa na Oceanie Indyjskim. W końcu dzieli się z nami szczegółami swojej życiowej misji - "Włóczni Neptuna". Operacji zleconej przez prezydenta Baracka Obamę, operacji której cel Ameryka zrealizować starała się od początku obecności w Afganistanie. Operacji, która nie była możliwa przez lata, gdyż terrorysta nr 1 był geniuszem w ukrywaniu się przed amerykańskim wywiadem i wszystkim, którzy mogliby go wydać. Ostatecznie jednak 2 maja 2011 roku został zabity w wyniku błyskawicznej, szczegółowo zaplanowanej 40-minutowej akcji, która jednak nie obyła się bez niespodzianek. Mimo, iż początkowe rozdziały, szczególnie opisy szkoleń, mogą być momentami nużące dla osób, które takimi tematami się nie interesują, warto zapoznać się z tą pozycją. Choćby żeby uświadomić sobie jak wiele wysiłku i pracy wymagała ta szybka i precyzyjna operacja, o której mówić będzie się długo.

poniedziałek, 6 stycznia 2014

Nowy Rok - nowe szanse

          Nowy Rok 2014 - kolejny, w którym książki będą moimi towarzyszkami na dobre i złe. Chciałabym móc w tym roku również kupować choć jedną książkę w miesiącu, ale znając realia wiem, że nie zawsze jest to możliwe niestety. Na szczęście wciąż mam dostęp do tych cudownych miejsc, jakim są biblioteki.

          Jeśli chodzi o czytanie, książka o której dziś nie jest pozycją, z którą rozpoczęłam nowy rok. Skończyłam ją czytać jeszcze w listopadzie, ale gorączka przedświątecznych przygotowań sprawiły, że zabrakło czasu na napisanie tych kilku słów. 

           Kolejna propozycja Dana Browna, autora sławnego "Kodu Leonarda da Vinci" i "Aniołów i Demonów", nowość wydawnicza końca 2013 roku - "INFERNO". Przyznam, że nie pokusiłam się o zakup tej powieści, a możliwość jej przeczytania zawdzięczam dobroci Cioci L. Po przeczytaniu mogę z czystym sumieniem stwierdzić, że nie żałuję, że nie wydałam pieniędzy. 


            Jak każdy, kto miał wcześniej do czynienia z Brownem, spodziewałam się oczywiście kolejnej części przygód profesora Roberta Langdona. Jasnym, więc było już od pierwszych kilku zdań, że i schemat powieści pozostanie taki sam. Nie myliłam się. Autor naprzemiennie umieścił rozdziały z perypetiami Profesora i jego Wrogów, powołał do życia tajemną, światową organizację, która działa dla swojej korzyści, nie licząc się z dobrem innych. I najważniejsze, co wyróżnia książki Browna - rozpoczęcie fabuły od motywu ucieczki, co oczywiście ma od samego początku wciągnąć czytelnika w akcję i trzymać napięcie na wysokim poziomie. 

              Sam pomysł na akcję nie jest zły, ale też nie zachwyca. Wybitny profesor Langdon, mimo utraty pamięci i wrogów depczących mu po piętach podąża ścieżką tajemnicy i rozwiązuje kolejne zagadki, aby odkryć kto i co zagraża życiu jego, jak i całej ludzkości. Tym razem trafia do Wenecji i tu pojawia się element, który mi osobiście wyjątkowo przeszkadzał. O ile rozumiem opisy włoskich ulic i muzeów przemierzanych przez Profesora i jego Towarzyszkę, o tyle drażniły mnie wtrącane, co chwila włoskie słowa, a dodatkowo brak przypisów wyjaśniających je. Nie każdy czytelnik, a mogłabym nawet pokusić się o stwierdzenie, że większość czytelników, nie zna tego języka, a te małe, pojedyncze słówka, choć teoretycznie nieistotne dla fabuły, to zapewne umieszczone tam zostały w konkretnym celu. Zatem nierozumienie ich wywoływało lekką irytację. 

              Jednakże na pochwałę zasługuje zakończenie. Jak wiadomo, poprzednie powieści o dokonaniach Longdona kończyły się spektakularnym sukcesem - rozwiązaniem zagadki, uratowaniem ludzkości, utrzymaniem tajemnicy, która mogłaby doprowadzić do chaosu. Tutaj, choć w pewnym momencie wydaje się, że będzie kolejna wygrana, nagle okazuje się, że wszyscy sie mylili, a happy endu nie będzie. Kości zostały rzucone, machina wprawiona w ruch, a jedyne, do czego doprowadziły heroiczne wysiłki Profesora to poznanie Wroga, z którym trzeba się zmierzyć. 

               Dla fanów Dana Browna jest to na pewno pozycja obowiązkowa, jednakże jeśli ktoś nie ma zamiłowania do powieści tego autora może poczuć się rozczarowany powtórzeniem tych samych schematów w lekko zmienionej historii. Muszę powiedzieć, że do przeczytania tej książki do ostatniej kartki skłoniła mnie jedynie wrodzona niechęć do pozostawiania rzeczy niezakończonych. Zaznaczyłam, więc tą pozycję jako przeczytaną i nie sądzę bym skusiła się na kolejną powieść tego autora.