piątek, 22 maja 2015

Zgodnie z listą



         Książek z listy Amazona ciąg dalszy - jak już się uparłam to nie odpuszczę. Zresztą dobrze czasem odpocząć od tego po co zwykle sięgam, w moim przypadku od Kinga albo fantasy. 

       "Władca much" Williama Goldinga nie jest raczej książką, która zdecydowałabym się przeczytać, gdybym sama wybierała. Lektura pełna metafor i głęboko ukrytych znaczeń, jednak w przeciwieństwie do "451 stopni Fahrenheita" jej klimat jakoś nie przypadł mi do gustu. 


          Powieść opowiada historię grupy chłopców, w wieku od kilku do kilkunastu lat, których samolot rozbił się na bezludnej wyspie. Okazuje się, że nikt z dorosłych nie przeżył, więc chłopcy zostają pozostawieni sami sobie. Rozzuceni po całej wyspie w wyniku katastrofy odnajdują się dzięki dwóm chłopcom, którzy trafiają na plaży na wielką muszę, dzięki dźwiękowi której dają reszcie znać o swojej obecności. Początkowo chłopcy jednomyślnie oddają władzę w ręce Ralpha, chłopca, który zadął w muszlę. Ten decyduje, że najważniejsze jest ocalenie, które można osiągnąć tylko poprzez sygnały dymne, które mogłyby zauważyć przepływające statki. Konieczne staje się więc podtrzymywanie ogniska. Pierwsza próba wzniecenia takowego kończy się katastrofą. Mimo to Ralph nadal usilnie próbuje dać chłopcom do rozumienia, że wspólna praca i zjednoczenie się w celu utrzymania ognia to ich jedyna nadzieja. Niestety im więcej czasu chłopcy spędzają na wyspie, im dłużej czekają na niepewny ratunek tym mniej respektują zasady i plany wodza. Z dnia na dzień dziczeją i odrzucają swoje człowieczeństwo. Zaczynają podążać za brutalną siłą, nie za rozsądkiem i szansą na ratunek. 

          Autor w dość niepokojący sposób przedstawia naturę każdego właściwie człowieka. Nie można zaprzeczyć, że nie ma w tym ziarna prawdy. Można rozważać jak zachowliby się ludzie gdyby musieli od podstaw wybudować cały system, czy to prawny, czy mornalny. Czy pozbawieni sankcji nadal by się nim kierowali? Powieść zmusza do refleksji nad takimi zagadnieniami. Nie dziwne więc, że znalazła się na liście "do przeczytania przed śmiercią". Jednak do poczytania przed snem raczej bym jej nie polecała. 

niedziela, 10 maja 2015

Lista Amazona i BBC



          Zdarzyło mi się ostatnio natrafić na jednej ze stron internetowych na artykuł, w którym wspominano o opublikowanych przez Amazon oraz BBC listach książek. Obie listy zatytułowano "100 książek do przeczytania przed śmiercią". Zaintrygowało mnie to wielce, gdyż lista czegoś do zrobienia kojarzy mi się poniekąd ze szkołą, a zdarza się, że zaczynam za nią tęsknić. Przeanalizowałam, więc obie listy, które okazało się nie różnią się od siebie tak wiele. Skopiowałam zatem owe listy i powzięłam postanowienie, że odhaczę wszystkie nim umrę. 

          Na początek skreśliłam kilka, które miałam już przyjemność przeczytać, niestety okazało się, że nie jest ich tak wiele - na liście BBC 16 pozycji, na liście Amazona tylko 7. Wiedziona, więc chęcią skreślenia kolejnych postanowiłam wybrać coś z owej listy. Po przeanalizowaniu na podstawie wytyczonych przez mój tok myślenia kryteriów trafiło na "451 stopni Fahrenheita" Raya Bradbury'ego. 


         Jest ona wizją autora na świat przyszłości - jego spojrzenia na to jak wyglądać będzie społeczeństwo. Została zekranizowana w 1966 roku, a jeden z moich ulubionych filmów "Equilibrium" z 2002 roku inspirowany był jej fabułą, o czym dowiedziałam się dopiero czytając opisy książki. 

         Tytuł powieści odnosi się do temperatury, w której zaczyna palić się papier, o czym wspomniane jest już na pierwszej stronie powieści. Autor przedstawił wizję świata, a właściwie społeczeństwa, które zajmuję się jedynie bezmyślnym patrzeniem się w nadawane przez telewizje programy. Ludzie mieszkają w domach zbudowanych z niepalnych materiałów, co daje im poczucie bezpieczeństwa i nic właściwie, poza własnym nosem, ich nie interesuje. Nad ich głowami codziennie przelatują bombowce i samoloty wojskowe, gdyż państwo toczy nieustanne wojny. To ich jednak nie interesuje - uważają, że jeśli coś dzieje się daleko od nich zupełnie ich nie dotyczy. Jednym z głównych zakazów jest czytanie książek. Nie wolno ich posiadać, a każde naruszenie tego prawa niezwłocznie zgłaszać. Główny bohater trudni się zawodem strażaka, który to w tej nowej rzeczywistości zajmuje się nie gaszeniem pożarów, a ich wzniecaniem. Strażacy wzywani są wszędzie tam, gdzie odnajduje się nielegalne książki - pojawiają się by je spalić. Bohater - Guy Montag - czerpie satysfakcję z swojej pracy, zgadza się z panującym systemem i nie widzi powodu by coś w nim zmieniać. Od dziecka uczono go, że to co w książkach niesie tylko zło, nie odczuwa więc wyrzutów sumienia wykonując swoją pracę. Wszystko zmienia się jednego wieczora, gdy w drodze z pracy spotyka nową sąsiadkę Klarysę. Ta zadaje mu proste z pozoru pytanie, które wywołuje lawinę wątpliwości w sercu bohatera - pyta go czy jest szczęśliwy. Wątpliwości te i rodzące się pytania podsyca znaleziona przez Guya książka. Uświadamia on sobie jak wiele tracił wyrzekając się czytania i jak cenne i wartościowe dla człowieka jest to, co w książkach można odnaleźć. To wszystko pcha strażaka w kierunku, którego sam się właściwie nie spodziewał. 

           Muszę przyznać, że wizja przedstawiona przez autora przeraziła mnie. Ludzie pozbawieni krytycznego spojrzenia na otaczającą ich rzeczywistość, skupieni jedynie na swoim codziennym życiu, odrzucający wszelką wiedzę, wchłaniający jedynie papkę serwowaną przez rządzących. Nieposiadający własnego zdania, ślepo godzący się z systemem. Skupieni na pytkim konsumpcjoniźmie, który uważają za objaw największego szczęścia. Niezadający sobie pytań o sens życia, o cel istnienia, o istotę swoich działań. A przede wszsystkim stroniący od książek i wiedzy w nich zawartej. Ja, tak zakochana w czytaniu, które stanowi dla mnie nie tylko rozrywkę, ale ucieczkę do czasem przerastającej mnie rzeczywistości, nie wyobrażam sobie życia w takim świecie. Przeraziła mnie wizja niemożliwości sięgnięcia po żadną książkę. Wizja karania za chociażby jej posiadanie. Po głębszym przemyśleniu jednak doszłam do wniosku, że jest coś, co przeraża mnie bardziej - fakt, że do współczesny świat jest na dobrej drodze do spełnienia owej wizji. Jak wiele słyszy się w tv, czyta się raportów o spodaku poziomu czytelnictwa. Wielu ludzi jedyne książi jakie miało w rękach przez całe życie to lektury szkolne z czasów wczesnego dzieciństwa. Ludzie wiedzą coraz mniej i coraz mniej chcą wiedzieć. Liczy sie dla nich spokojne, wygodne życie, nic poza tym. Kto zasiądzie w rządzie, czy wybuchnie kolejna wojna na Bliskim Wschodzie, czy bomba zabiła dziesiątki - "dopóki mnie to nie dotyczy, jest mi to obojętne" z taką postawą spotkać się można coraz częściej. Niewspominając już o braku elementranej wiedzy. Na YouTube można znaleźć program "Matura to bzdura" - jego celem było pokazanie, że polskie testy maturalne sprawdzają wiedzę nieprzydatną w życiu, przynajmniej na początku. Wystarczy jednak włączyć pierwszy lepszy odcinek by zobaczyć, że znaczna część osób nie jest w stanie odpowiedzieć na najprostsze, podstawowe pytania, jak choćby kto jest obecnie prezydentem Polski, czy kim był Adam Mickiewicz. Oglądając wydaje się zabawne, ale gdy się o tym pomyśli to już nie do końca. 

          Rozkręciłam się, ale to tylko oddaje jak głębokie przemyślenia wywołała lektura tej powieści. Przez nią poczułam się jeszcze mocniej zmotywowana by nigdy nie należeć do tych, którym "wszystko jedno" oraz aby czytać jeszcze więcej. Dopóki mam możliwość, bo kto wie co wydarzy się za kilkanaście czy kilkadziesiąt lat...

środa, 22 kwietnia 2015

Przeniesiona na ekran



Mój ostatni pomysł, aby przeczytać coś lekkiego i niezajmującego dla oddechu od wielotomowych serii czy skomplikowanych tematów niestety skończył się takim a nie innym efektem (opisanym w poprzednim poście). W związku z tym wybór kolejnej pozycji nie był łatwy. Dziwne jak ciężko wybrać książkę do przeczytania kiedy ma się ich cała listę. Mój tablet zapchany jest tytułami, wydań papierowych czekających na swoją kolej też mam kilka. Mimo to nie wybiorę po prostu pierwszej z brzegu - godzinami przeglądam strony internetowe w poszukiwaniu recenzji i ocen, zastanawiam się i dedukuję. Zwykle w takiej sytuacji zwykle trafiam na coś czego zupełnie się nie spodziewałam. Ostatnimi czasy jest to zwykle kolejny tytuł premiery kinowej, którą planowałam obejrzeć. Zaciekawia mnie dlaczego natrafiam na niego na stronie poświęconej literaturze i odkrywam wtedy - kolejna ekranizacja. Gdzieś w głowie odzywa się głosik, który pojawił się po moich pierwszych przeżyciach z Harrym Potterem, który mówi, że warto zapoznać się z oryginałem by ocenić jakoś filmu. 

Tym razem ten tok postępowania sprawił, że w moich rękach znalazła się "Złodziejka książek".


Nie wiem dlaczego, ale zanim w ogóle zaczęłam czytać - w wypadku tej powieści nie przeczytałam nawet opisu - tytuł nasunął mi wspomnienie powieści C. R. Zafona "Cień wiatru". Nie opisałam jej na blogu, gdyż czytałam ją jeszcze nim zaczęłam go prowadzić. Była to jednak historia chłopca, który wchodzi w posiadanie pewnej książki. Z czasem okazuje się, że ktoś usilnie próbuje zniszczyć wszystkie jej egzemplarze, a starania chłopaka by ocalić choć swój egzemplarz prowadzą go na ślad tajemnicy nieszczęśliwej miłości. W każdym razie było tam palenie książek i ktoś kto usilnie starał się ich bronić. I nie wiedzieć dlaczego "Złodziejka książek" początkowo skojarzyła mi się z tym właśnie klimatem. Nic jednak bardziej mylnego. 

Książki w tej powieści są właściwie nie do końca tak ważne. Gdyby nie było wątku ich kradzieży akcja pewnie potoczyłaby się podobnie. Nie umniejsza to jednak w żaden sposób wartości samej powieści. 

Historia dotyczy dziewczynki, którą poznajemy, gdy razem z mamą i bratem podróżuje pociągiem w nieznanym początkowo kierunku. Wiemy jednak, że akcja dzieje się podczas wojny, potem dowiadujemy się, że konkretnie II wojny światowej, w Niemczech. Z przyczyn, których możemy się tylko domyślać matka odwozi dzieci do rodziny zastępczej. Niestety podróż okazuje się być zbytnim obciążeniem dla zdrowia małego brata bohaterki i umiera on nim pociąg dojeżdża do miejsca przeznaczenia. Kobiety wysiadają na przypadkowej stacji by pogrzebać chłopca. Tam, w trakcie pogrzebu, Liesel rozdzierana żalem dostrzega wśród śniegu zagubioną przez grabarza książkę. Zabiera ją ze sobą w dalszą podróż, czyniąc z niej swój największy skarb, którego trzyma się jak skały w nowej rzeczywistości, w która zostaje rzucona. Dzięki tej książce uczy się czytać i pisać oraz nawiązuje głęboką więź ze swoim przybranym ojcem. 

Życie w targanym wojną kraju nie jest łatwe i Liesel oraz jej rodzinie prawie bezustannie towarzyszy biedna i głód. Jednak mimo to dziewczyna stara się odnajdywać radość i szczęście. Niewątpliwie pomagają jej w tym książki, których z czasem udaje jej się zdobyć więcej, w takich samych mało etycznych,  niosących kłopoty okolicznościach. Jednak czytanie staję się dla Liesel ucieczką od kłopotów, rozwiązaniem problemów, których inaczej nie umie rozwiązać, schronieniem przed strachem. To one pomagają jej trwać, gdy rodzina ukrywa w piwnicy młodego Żyda, który podpada w poważna chorobę. Liesel godzinami czyta przy jego łóżku z nadzieją, że przyjaciel się obudzi. Czyta również w piwnicy, podczas nalotu bombowego, uspokajając tym samym swoim głosem zebranych w schronie ludzi. 

Nie zwykłam opisywać szczegółowo fabuły przeczytanych książek, więc i tym razem nie będę. Powiem jedynie, że była to książka poruszająca - płakałam czytając ostatnie kartki. Oglądając potem ekranizację płakałam zresztą również. Nie mogłam oderwać się od czytania, a to w moim przypadku niezawodny znak, że coś było wyjątkowe.

Po tylu opisanych książkach nie trudno ocenić, że znawcą sztuki pisarskiej nie jestem. Nie zajmuję się, więc ocenianie technik użytych przez autora, czy jakości jego pisarstwa. Jako zwykły szary książkoholik stwierdzam, że najważniejsze jest dla mnie czy książka spodobała mi się czy nie. Czy miała wciągającą fabułę, interesujące wątki oraz czy po przeczytaniu ostatniego zdania poczułam żal, że to jednak już koniec. Jeżeli wszystko to w książce udaje mi się odnaleźć jestem szczęśliwa i zapisuję ją na liście "przeczytane" z uśmiechniętą minką na końcu. Ta powieść zdecydowanie zasłużyła na uśmiechniętą minkę. No i może na małą łezkę, gdybym w przyszłości chciała znowu sięgnąć do czegoś co wywołuje łzy. 

wtorek, 10 marca 2015

Nie każdy powinien pisać "erotyki"



Książka o której chcę dziś napisać miała być lekka i przyjemna, by oderwać się na chwile od rzeczywistość. Wybrałam ją dlatego, że zrobiło się ostatnimi czasy po raz kolejny głośno o "Pięćdziesięciu twarzach Gery'a". Ekranizacja powieści miała pojawić się w kinach w walentynki, a bilety na premierę wyprzedały się jak świeże bułeczki. Sprzedaż książek znowu skoczyła i na każdej wystawie księgarni można było zobaczyć plakat reklamujący nowe wydanie z filmową okładką. Tak się składa, że mieszkam obok kina, zatem co dzień wracając z pracy wpadałam na tłumy kobiet oczekujące w kolejce na seans. Dodam, że to maleńkie kino - z dwoma czy trzema salami w małym angielskim miasteczku - sądzę, że dawno nie przeżyło takiego nalotu kinomanów. A ja i moi sąsiedzi takiego utrudnienia w dostaniu się do własnych mieszkań. 

          Jako, że "Greya" przeczytałam już dawno temu i nie zrobił na mnie wrażenia adekwatnego do rozgłosu jaki ta książka zdobyła, nie czułam wielkiej potrzeby aby owe wrażenie potwierdzać w kinie, za 16 funtów szczególnie. Jednakże jednocześnie z całym tym szumem wszędzie po raz kolejny zaczęły pokazywać się tytuły mające prezentować ten sam charakter literatury. Z ciekawości więc i jak mówiłam dla przeczytania czegoś lekkie sięgnęłam po jeden z takich tytułów. 


"Gorący rytm" opowiada historię Jaca, młode basisty grającego w znanym rockowym zespole, którego życie doświadczało od najmłodszych lat, przez co zresztą zmaga się z problemami, które woli ukrywać głęboko w sobie. Podczas wieczoru kawalerskiego jednego z kolegów, w nocnym klubie, Jace poznaje Aggie - dziewczynę, która oprócz tańca na rurze, jest również profesjonalną dominą, zatem sprawia mężczyzną ból pomagający im osiągnąć spełnienie seksualne. Jace od początku wpada Aggie w oko, ale że jej doświadczenia z mężczyznami raczej nie wychodziły jej na dobre stara się trzymać ich na dystans. Jednakże Jace wraca do klubu i umawia się z Aggie na prywatną sesje - okazuje się bowiem, że ból jest tym czego mu potrzeba aby móc spokojnie przeżywać swoje życie. Od spotkania do spotkania nagle między parą nawiązuje się coś więcej niż tylko "biznesowe" relacje. Okazują się one być jednak trudne ze względu na przeszłość obojga bohaterów. Oczywiście jest w tym wszystkim też seks, prawdę mówiąc na początku powieści jest głównie seks. I tu pojawia się pierwsze odniesienie do "50 twarzy..." - o ile tam, nawet mimo dość specyficznych upodobań bohatera, autorka opisywała akty seksualne używając raczej stonowanych, wyważonych słów. W tej książce zdaje się, że zamysł był takie, aby była ostra, zatem i seks pełen jest "kutasów", "pieprzenia", "rżnięcia"oraz pozycji, zabawek i fetyszy, które mogą zaskoczyć. To niestety tworzy pewnego rodzaju problem według mnie. Dlaczego? Gdyż im bardziej akcja się rozwija tym bardziej związek bohaterów staje się intymny - zakochują się oni w sobie i starają się tworzyć typowy związek. Mówiąc więc o miłości, bliskości, wspólnej przyszłości, zwierzają się sobie z bolesnych wspomnień, a chwile potem przeskakujemy jakby w inną czasoprzestrzeń i znowu mamy "rżnięcie jej cipki, kiedy kolega wkłada jej kutasa w tyłek". Trochę to się ze sobą nie łączyło jak dla mnie, brakowało mi balansu między tym wszystkim. W Greyu, jeśli było słodko, to przynajmniej było konsekwentnie słodko przez cały czas. Tutaj trójkąt z kolegą z zespołu i wpychanie kutasów w tyłki mija się z "kocham cię i nie chcę byś mnie kiedykolwiek opuścił".

         Podsumowując muszę niestety stwierdzić, że za dużo było elementów, które raziły w tej książce. Opisy seksu przeszkadzały w odbiorze fabuły, a gdyby tego było mało, jak dla mnie nie były też w większości ani seksowne, ani pociągające, a myślę, że w tego typu książkach taki jest ich cel. W końcu czytają je z reguły jedynie kobiety. Zapewne mogło być gorzej, ale nie było też dobrze. Sądzę, że na długi czas przekonałam się, że nie jest to literatura dla mnie. 

sobota, 21 lutego 2015

Tym razem klasyka



          Na początek nowego roku po raz kolejny uwikłałam się w serię powieści - co prawda każda z części była dość krótka, myślałam więc, że szybko dotrę do końca dość interesującej fabuły. Gdy jednak po zakończeniu tomu nr 4 okazało się, że seria, która jak przypuszczałam ma ich 8, tak naprawdę składa się już z 14, a do tego wciąż się rozrasta, postanowiłam odpuścić na jakiś czas. Po raz kolejny, więc zaczęłam poszukiwania w moim dość już zasobnym zbiorze e-booków, aż zatrzymałam się na "Ojcu chrzestnym". 

         Od dawna planowałam obejrzeć adaptację filmową, zawsze jednak brakowało mi czasu, albo chęci. Nic nie stało więc na przeszkodzie, aby zacząć od źródła. Kilka lat temu miałam już owy klasyk w rękach, jednak po kilku stronach odłożyłam z powrotem na półkę, gdyż nie zainteresowała mnie tak, jak na to liczyłam. Najwyraźniej nie byłam jeszcze gotowa na temat mafii. 


        Tym razem, to co znudziło mnie wtedy, wzbudziło we mnie wielką fascynację. Pokochałam tę książkę i pokochałam Michaela Corleone, szczególnie po tragicznych w skutkach wydarzeniach na Sycylii. Uroniłam łzę, gdy Don Vito umarł w upalny dzień, wśród swoich ukochanych pomidorów. Zaskoczył mnie wielki plan Michaela zyskania szacunku u innych mafijnych rodzin jako nowy Don, jak i jego nieuległość w stosunku do męża siostry. 

       Każda część tej książki była dla mnie fascynująca i porywająca. Spodobały mi się skoki czasowe między poszczególnymi księgami, które sprawiły, że akcja nie zwalniała ani na moment. "Ojciec chrzestny" zabrał mnie we wspaniałą podróż, która spodobała mi się do tego stopnia, że nie znalazłam nic, co mogłabym skrytykować. Właściwie to może i lepiej, gdyż w innym wypadku ktoś mógłby mi wytknąć, że nie krytykuje się klasyki, 

           Gdybym jednak była zmuszona do wskazania jednej rzeczy, która mnie rozczarowała byłoby to zakończenie, Nie oczekiwałam oczywiście typowego, cukierkowego happy endu rodem z powieści romantycznych, jednak Kay uświadamiająca sobie to, co było nieuniknione, w ciszy katolickiego kościoła to nie jest to, na co liczyłam. Choć może powiem inaczej - zakończenie taką właśnie sceną zaskoczyło mnie na tyle, że obróciłam kartkę kilka razy ze zdziwieniem, że to już naprawdę koniec. 

          Oczywiście nie odmówiłam sobie obejrzenia filmów i powiedzieć mogę krótko - pierwszy był genialny, pewnie dlatego, że w całości oparty na powieści, Drugi momentami mnie nużył, a do tego nie spodobało mi się, jak potoczyły się losy małżeństwa Kay i Michaela. Choć trzeba przyznać, że było to prawdziwie życiowe - w końcu ile tajemnic, kłamstw i przymykania oczu na zbrodnie, a także obaw o życie swoich dzieci może znieść kobieta, szczególnie jeśli kochała męża nad życie i wszystko dla niego poświęciła. Notabene - młody Al Pacio - zupełnie nie przypominał siebie z lat późniejszych. Przez prawie całą pierwsza część nie byłam świadoma, że to on ;) Co zaś tyczy się części numer trzy - zasnęłam po jakiś 30 minutach filmu, tak bardzo mnie znudził. Nie widziałam, więc sensu by starać się obejrzeć go po raz kolejny tylko po to, żeby móc powiedzieć, że widziałam każdą część. 

niedziela, 1 lutego 2015

Na końcu tęczy...

         Nie spodziewałam się, że powiem to tak szybko, ale tęsknie za czasem studiów. A właściwie tęsknie za wolnym czasem, kiedy mogłam usiąść i poczytać, a potem spokojnie o tym napisać.Teraz pracuje na dwa etaty, a mój wolny dzień, kiedy w końcu taki się zdarzy, poświęcam na obowiązki, które nagromadziły się w trakcie tygodnia. Chwytam, więc każdą małą chwilę i czytam.

          Ostatnimi czasy wybieram tytuły zupełnie przypadkowo - odpalam czytnik, przeszukuje listę e-booków i klikam na pierwszy tytuł, który wydaje mi się interesujący. Na tej właśnie liście znalazło się "Na końcu tęczy" Ceceilii Ahern, które znane obecnie pod innym tytułem - "Love, Rosie".


          Gdy zaczynałam czytać, a właściwie nawet po zakończeniu nie byłam świadoma, że za chwilę odnajdę w Internecie informacje na temat ekranizacji, tak samo jak tego, że autorka napisała również "PS. Kocham cię", co akurat jest winą mojej kiepskiej pamięci do nazwisk. Czytałam, więc zupełnie nieświadoma na jaki rodzaj książki trafiłam. Warto dodać, że "PS..." należy do moich ukochanych książek, nawet mimo tego, że czytając za każdym razem jestem rozdrażniona faktem, że mąż bohaterki umiera. Właściwie podobne odczucia miałam czytając "Love, Rosie" - ileż razy byłam poirytowana rozwojem wydarzeń. Ta huśtawka, kiedy myślisz, że już za chwile dostaniesz to, na co czekasz, ale jednak nie, jednak sprawy ułożyły się inaczej. Doprowadzało mnie to do szału, ale jednocześnie sprawiło, że książka okazała się niesamowita. 

          Opowiada ona historię dwójki przyjaciół - Rosie i Alexa, którzy znają się od dzieciństwa. Wspólnie przeżywają szkolne wzloty i upadki, miłości i złamane serca. Razem świętują urodziny i wpadają w kłopoty, gdy zbawa zbyt mocno ich poniesie. Bywają chwile, gdy nie mają dla siebie czasu przez wiele dni, mimo to trwają w przyjaźni stając się sobie coraz bliżsi. Pewnego dnia, tuż przed końcem szkoły średniej okazuje się, że Alex musi wyprowadzić się z rodziną do Nowego Jorku - na inny kontynent, miliony mil z dala od najlepszej przyjaciółki. Po początkowym buncie i niezadowoleniu nastolatków uznają oni, że po Rosi pójdzie na studia w Nowym Jorku, bo zawsze o tym marzyła, a dzięki temu będą mogli być znowu razem. Niestety los pisze inny scenariusz - z powodu nieobecności Alexa na balu maturalnym Rosi wybiera się z jednym z kolegów, a kilka tygodni później okazuje się, że przez "przygodę" na owym balu dziewczyna nie może wyjechać gdziekolwiek, gdyż jest w ciąży, Ojciec dziecka zostawia ją bez wsparcia, zostaje jej więc pozostać w domu rodziców i jakoś ułożyć sobie życie,

          Przez lata w życiu bohaterów zmienia się wszystko - Ona wychodzi za mąż, on się żeni. Ją zdradza mąż, Jemu rodzi się syn. Ona przechodzi rozwód, On kryzys z żoną. Ona postanawia nadrobić stracone szkolne lata i dostaje prace marzeń w hotelu, a On staje się znanym i szanowanym lekarzem. Nie zmienia się tylko jedno - pomimo wzlotów i upadków wciąż pozostają przyjaciółmi. Pojawiają się u nich też chwile, kiedy uświadamiają sobie, że to co czują do siebie to coś więcej, niż tylko przyjaźń. Niestety nie zdarza im się to w tym samym momencie, więc rozmijają się w tej miłości i nadal trwają w przyjaźni prowadząc własne życia. Dopiero po wielu latach, odchowaniu dzieci, kiedy oboje zostają samotni z powodu rozwodów, a ich życie staje się na tyle stateczne, że mają czas by zatrzymać się i pomyśleć nad nim, uświadamiają sobie, że brakuje im drugiej połówki, która zawsze była na wyciągnięcie ręki.

          Fabuła , więc mogę rzec, że była świetna i urzekająca. Początkowo drażniła mnie konstrukcja powieści, nie jest bowiem napisana jak większość książek - nie ma narratora i opisów. Jest to zbiór listów, e-maili i innych wiadomości w formie pisanej, które główna bohaterka wymieniała z Alexem i członkami swojej rodziny. Ciężko, więc przyzwyczaić się do takiej relacji, szczególnie, że czasem w kolejnym liście nie wyjaśnia się, co zdarzayło się w czasie, jaki minął od ostatniego. Trzeba więc czytać między wierszami. Jednak po dłużej chwili taki sposób pisania zaczyna być interesujący i nie powoduje, żadnych problemów w odbiorze książki.

          Teraz pozostaje mi tylko poczekać i przekonać się, czy ekranizacja okaże się choć w połowie tak dobra jak powieść oraz czy nie zmienią wielu głównych faktów, jak to miało miejsce w przypadku ekranizacji "PS. Kocham Cię".  

sobota, 10 stycznia 2015

Książka, do której wracam najczęściej



     Jak wspominałam w ostatnim poście początek nowego roku to czas, aby wspomnieć o tym, co przeczytałam na koniec 2014. Tuż przed  Świętami, tak jak się spodziewałam, ogarnęła mnie melancholia i tęsknota za domem. To było moje pierwsze Boże Narodzenie spędzone z dala od domu, bez rodziców, do tego w obcym kraju. Myśląc o tym zaczęłam sobie przypominać, co robiłam zwykle o tej porze roku, kiedy byłam już w domu. Oczywiście oprócz spędzania czasu z rodziną, kiedy miałam chwile tylko dla siebie brałam koc i książkę. Zwykle książkę, która stała w mojej skromnej domowej biblioteczce. Przypomniało mi się również, że moim najcenniejszym dobytkiem tam jest kolekcja wszystkich siedmiu tomów Harrego Pottera. I tak, natchniona tęsknotą za domem, postanowiłam po raz sama już nie wiem który przeczytać to raz jeszcze. 
     Książek o Harry Potterze nie trzeba chyba streszczać nikomu - powieść przez lata stała się tak sławna, że jeśli ktoś nie czytał to widział filmy, a jeśli żadne z tych to na pewno choć słyszał kilka słów na ten temat. Ja pierwszy raz trzymałam w rękach powieść Rowling w wieku 12 lat na komunii mojego kuzyna. Dostał on w prezencie „Komnatę Tajemnic”, a że nie jest fanem czytania ciocia pozwoliła abym ją pożyczyła, jeśli mam ochotę. Przyznam, że po 14 latach ciężko mi sobie przypomnieć jakie wrażenie wywołała na mnie wtedy, ale wiem, że kilka lat później z wytęsknieniem wyczekiwałam daty premiery kolejnych części i jak najwcześniej biegłam do księgarni. Pamiętam, że 2-3 miesiące przed premierą czwartego tomu ukazało się w Internecie nieoficjalne tłumaczenie. Były to czasy, kiedy dostęp do Interntu nie był jeszcze tak powszechny, przynajmniej w moim domu, a czytanie książek online tym bardziej. Ubłagałam tedy mamę byśmy wydrukowały ten tekst. Dziś wydaje mi się to niedorzeczne – prawie tysiąc stron, ogromna ilość tuszu i godzinami pracująca drukarka. Te drukowane strony wciąż leżą w szafce mojego pokoju w rodzinnym domu. W każdym razie przeczytałam to nieoficjalne tłumaczenie, a kilka tygodni wcześniej czytałam już zakupioną w sklepie książkę. 


     Nim wydano ostatni tom przeczytałam każdą z części tak wiele razy, że trudno to nawet zliczyć. Można powiedzieć, że znam tą historię na pamięć. Czytałam sama sobie, czytałam na głos młodszemu Bratu, słuchałam audiobooków, gdy pojawiły się na rynku. Zaś kiedy w kinach zaczęto puszczać ekranizację drażniłam całą rodzinę nieustającymi komentarzami z cyklu „a w książce było tak; tego nie pokazali w filmie” itp. Co do filmów zresztą – widziałam je równie wiele razy, co czytałam powieść. Jestem wielką fanką, choć oczywiście ciężko było mi się pogodzić, że nie mogą pokazać wszystkiego, co opowiedziane jest w książce, szczególnie od momentu, kiedy każdy tom liczył sobie od 600 stron w górę. Największym zawodem był dla mnie chyba moment, kiedy ogłoszono, że ostatnia część, „Instgnia Śmierci” rozdzielona zostanie na dwa filmy, aby lepiej przekazać fabułę. Z jednej strony oznaczało to więcej godzin radości, ale ciężko było wyjść z kina po premierze części pierwszej wiedząc, że na rozwiązanie trzeba czekać kolejny, długi rok.
    Filmy obejrzałam po raz kolejny w czasie czytania książek w grudniu. Przy oglądaniu towarzyszył mi mój W., który do tej pory nie widział ani jednej części. Drżałam na myśl, że podczas oglądania powie mi, że jednak mu się nie podoba i nie chce już kontynuować. Lubię, kiedy podobają nam się te same rzeczy. Po obejrzeniu wszystkich ośmiu filmów orzekł jednak, że „było fajne”, co jest wielkim komplementem w jego ustach. Ja oczywiście popłakałam się z milion razy i po raz kolejny było mi okropnie smutno i nie mogłam znaleźć sobie miejsca, kiedy już wszystkie części dobiegły końca. Potem oczywiście kontynuowałam czytanie, w trakcie którego również łzy płynęły mi nie raz.
     Ktoś może pomyśleć, że to odrobinę szalone obejrzeć filmy, a potem czytać to samo w książce. Cóż, każdy ma prawo do własnych opinii. Ja kocham moje szaleństwo i dobrze mi z nim. Kocham również przygody Harrego Pottera i nigdy nie wstydziłam się tego powiedzieć, nawet kiedy wszyscy wokół powtarzali, że to obciachowe. Wiem, że wrócę do tych tomów jeszcze nie raz, że jeszcze nie raz zapłaczę na tych samych momentach, choć już wiem, że tam będą. Wiem też, że będę je czytać moim dzieciom, kiedy będą jeszcze w moim brzuchu i potem, kiedy już będą spać we własnych łóżeczkach. Wiem, że Harry Potter nie znudzi mi się nigdy – na nim się wychowałam, z nim wyrosłam i z nim zostanę. A książki, które mam głęboko w sercu nigdy mnie nie opuszczają. 

sobota, 3 stycznia 2015

NOWY ROK

     Nowy rok - przyznam,  że czekałam na niego z wytęsknieniem, bo końcówka starego nie należała do najlepszych w moim życiu. Trzymam więc kciuki, że ten będzie lepszy od poprzedniego. Oczywiście wiem, że aby tak się stało sama też muszę dopomóc szczęściu, dlatego też tym razem (pierwszy raz od wielu lat) ustaliłam sobie kilka noworocznych postanowień. Jedno z nich dotyczy również mojego zaczytania - mianowicie zamierzam przeczytać w tym roku 52 książki,czyli mniej więcej 1 książkę na każdy tydzień, przy czym objętość książki nie ma tu znaczenia. Przyznam, że zainspirowało mnie wydarzenie na Facebooku i postanowiłam podjąć to wyzwanie. Jak na razie idzie mi całkiem przyzwoicie, jednakże nim zacznę przedstawiać tu moje postępy w realizacji owego zadania mam do nadrobienia jeszcze kilka pozycji z grudnia poprzedniego roku. 

     Mniej więcej w połowie października zakończyłam czytanie jednej z powieści Olivera Bowdena "Assassin's Creed: Porzuceni". 


      Miesiąc przed rozpoczęciem czytania nie miałam nawet pojęcia o istnieniu owego autora i książek o owym tytule. Assassin's Creed kojarzyło mi się jedynie z serią gier wideo, której wielkim fanem jest mój W. Od tego właśnie się zaczęło - obserwowałam czasem kątem oka jak gra i słuchałam jego entuzjastycznych opowieści. W końcu wymógł na mnie obietnicę, że spróbuje również zagrać, aby przekonać się jak genialna jest owa seria gier. Dodam, że jestem prawie równie wielką fanką grania na konsolach, co czytania, więc postanowiłam dać grze szansę. Mniej więcej 10h później Assassin Creed został moją kolejną wielką miłością ze świata gier, tuż obok God of War. Porzuciłam wtedy czytanie na dłuugie dni, a każdą wolną chwilę spędzałam przed konsolą. Grając któregoś popołudnia w część trzecią usłyszałam od W. właśnie o książkach stworzonych w oparciu o gry. Już następnego dnia wyszukałam odpowiednią część i zaczęłam czytać. 

     Książka okazała się być rewelacyjna. Zapewne na moją ocenę wpływ ma również fascynacja grą, ale sądzę, że dla tych którzy jedynie przeczytają będzie ona równie wartościowa. Ważne jest, że nie dotyczy ona właściwie bezpośrednio gry - historia bohatera zaczyna się od jego dzieciństwa, a w grze poznajemy go dopiero jako dorosłego mężczyznę. 

     Młody Haytham wychowuje się w dość zamożnej angielskiej rodzinie, a jego życie upływa dość beztrosko, aż do momentu, kiedy w środku nocy na rodzinny dom ktoś napada. Chłopak jest świadkiem morderstwa swego ojca i porwania starszej siostry. Matka doznaje szoku na skutego owego zdarzenia, więc powierza opiekę nad synem przyjacielowi rodziny, który nie tylko bierze go pod swoje skrzydła, ale obiecuje pomóc wytropić zabójców ojca i odnaleźć porwaną siostrę. Młody Haytham wychowuje się w tradycji Zakonu Templariuszy, którego jego nowy opiekun jest członkiem. Z czasem zaczyna wykonywać dla Zakonu wiele ważnych zadań, jednak przez lata nie ustaje w realizowaniu swojego najważniejszego celu - odkryciu prawdy na temat wydarzeń nocy z dzieciństwa. Wiedziony rozkazami Zakonu trafia, już jako wysokiej rangi mistrz, do Ameryki, gdzie właśnie toczy się wojna o Nowy Świat. Pracuje tam nad założeniem nowej komórki Zakonu, jak również odnalezieniem ważnego, starożytnego artefaktu. W czasie pobytu zakochuje się w Indiance i na jakiś czas porzuca swoje obowiązki, jednakże gdy dowiaduje się, że odkryto nowe tropy w sprawie jego siostry porzuca wszystko i wraca do Europy, nie będąc świadomym, iż urodził mu się syn. Po rozwiązaniu tajemnicy morderstwa ojca i odnalezieniu siostry wraca do Ameryki, mimo iż od tamtej pory zmienia się dla niego wszystko. 

     Książka pisana jest w formie pamiętnika Haythama pomija, więc wiele wątków dotyczących jego syna, które z kolei poruszone były w grze. Jednakże cała historia jest fascynująca i godna uwagi. Czyta się ją lekko, przyjemnie i bardzo szybko. Autor zadbał o zaskakujące i trzymające w napięciu momenty. Pomimo, iż "Assassin's Creed" jest serią powieści właściwie każda dotyczy innego bohatera - łączy ich jedynie to, iż byli w jednym Bractwie, bądź, jak Haytham, być w nim powinni. Dlatego też, po dniach spędzonych z kilkoma tomami "Zakochanych", przyjemnie dla mnie było spędzić czas z książką, która daje mi na zakończenie wszystkie potrzebne odpowiedzi. 

    Nie darowałabym sobie oczywiście porzucenia tej serii, zatem na pewno powrócę jeszcze do Assassina. Z nadzieją, że pozostałe tom będą równie dobre jak ten.