wtorek, 18 grudnia 2012

To już rok

         "Ludzie mówią, że życie to jest to, ale ja wole sobie poczytać!" :D


        Kolejne dni pędzą w tak szalonym tempie, że nawet nie zauważyłam, że 1 grudnia minął dokładnie rok, od kiedy zaczęłam pisać tego bloga! Wiele się od tego czasu zmieniło, choćby moje życie uczuciowe. Zdobyłam drugi, w swojej edukacyjnej karierze dyplom szkoły wyższej i rozpoczęłam studia magisterskie. 

        Jedno się jednak nie zmieniło - wciąż czytam i kocham to robić. To dzięki książkom i chwilom z nimi spędzonymi udało mi się przetrwać burze i szarości, jakie po drodze mi się zdarzyły. Mogę, więc z całą stanowczością powiedzieć, że co by się nie działo i gdzie bym nie była szeleszczące kartki będą zawsze moją największą pasją i nigdy mnie nie opuszczą. 



         
        Na kolejny rok z moją pasją życzę sobie czytnika e-booków, abym mogła korzystać nie tylko z papierowych wersji, ale również z tych elektronicznych. Wtedy zapisze całą pamięć wszystkim, co chciałabym mieć przy sobie przy każdej okazji. 


poniedziałek, 17 grudnia 2012

Coraz bliżej święta

          Był śnieg i nie ma śniegu. Stopniał zaledwie w chwilę, a za oknem przestało już być bajecznie. Teraz znowu jest szaro i widać wszystkie brudy, a świąteczne ozdoby, światełka i choinki wyglądają jakby pomyliły miejsce pobytu. Takiej zimy nie lubię najbardziej. Brakuje jeszcze deszczu i znowu będzie przygnębiająco i depresyjnie. 

          Nic jednak nie zmieni faktu, że święta już za rogiem, został zaledwie tydzień. Już nie mogę się doczekać wyjazdu do domu. Ta perspektywa sprawia, że od kilku dniu chodzę cała w skowronkach i nie tracę dobrego humoru ani na chwilę. Jeszcze tylko dwa dni szkoły, świąteczne zakupy i można wracać. Aaa tak, i jeszcze impreza z okazji końca świata ;) Zgodnie z przepowiednią Majów 21 grudnia tego roku nastąpi koniec świata! Wszyscy tak intensywnie o tym mówią od tak dawna, że każdy chce to na swój sposób uczcić, choć większość w owy koniec nie wierzy. Ale co tam, każdy powód do dobrej przedświątecznej imprezy jest świetny :)

            Perspektywa końca świata w każdym razie świątecznej gorączki w ludziach nie ostudziła, a ja zawsze, jak tylko mogę omijam to szaleństwo szerokim łukiem. Najlepiej z książką, którą zgarnęłam z bibliotecznej półki z powodu intrygującego tytułu - "KOBIETA, KTÓRA WYSZŁA ZA CHMURĘ" Jonathan Carroll. 




         Dokonując wyboru przeczytałam w opisie książki, że "w świecie, który tworzy Jonathan Carroll, nic nie jest zwyczajne ani oczywiste. Zamieszkującym go postaciom zdarzają się rzeczy dziwne i z pozoru niewytłumaczalne." Niewytłumaczalne i dziwne rzeczy, tajemniczy tytuł oraz anioł na okładce - uznałam, że to jak najbardziej moje klimaty. Niestety się przeliczyłam.

            Książka zawiera zbiór kilkunastu opowiadań i to takich, które według mnie najmniej przyjemnie się czyta, gdyż są w większości bardzo krótkie, więc nie tworzą odpowiedniego klimatu. Ponad to niestety większość z nich jest dość dziwna, zawiła i tak naprawdę trudno stwierdzić, co autor chciał nam przekazać. Jest oczywiście kilka takich, w których tkwi metafora samotności, skrywanych sekretów, które kiedyś i tak wyjdą na jaw, tęsknoty i trudnej miłości. 

             Dwa opowiadania, które bardzo przypadły mi do gustu to właśnie tytułowa "Kobieta, która wyszła za chmurę" oraz "Pół kroku do furii". W pierwszym bohaterką jest kobieta szukająca życiowej miłości, która po wielu nieudanych związkach, idąc za przykładem siostry, wysyła wniosek do biura matrymonialnego  Jednak nie takiego zwykłego biura, ale do biura w chmurach, które przysyła Ziemiankom partnerów z innych planet, którzy przybierają ludzką postać. Przybierają takie wygląd, jak zażyczy sobie klientka, a ponad to ich celem staje się obdarowanie swoich kobiet szczęściem. W razie jednak, kiedy klientka jest niezadowolona dostaje dodatkowo, w komplecie z partnerem, specjalne urządzenie, dzięki któremu może go "zabić". Jeżeli dokona tego trzy razy następuje, specjalnie nadzorowany przez biuro "rozwód", po którym obie strony nie pamiętają całego zajścia i mogą zacząć wszystko od początku z innym partnerem, bądź prowadzić zwykłe ludzie życie. Można się przy tej wizji rozmarzyć - mężczyzna, który za najważniejsze uważa szczęście swojej kobiety, zawsze przystojny i czarujący, a w razie gdyby coś jednak było źle wystarczy pstryknąć i po sprawie. Żadnych wspomnień, złamanych serc, wylanych łez. Sytuacja idealna! Ale takich nie ma w prawdziwym życiu. W innym opowiadaniu natrafiłam na cytat, który mógłby być mottem każdego związku w prawdziwym życiu:
„Jeżeli się kogoś kocha, trzeba być przygotowanym na kompromisy i ustępstwa. Czasem uderzasz się w pierś albo siadasz na dłoniach, gdy świerzbi cię ręka, aby rozkwasić mu nos. Czasem przygryzasz sobie język albo oddychasz ustami, gdy jego zachowanie cuchnie jak skunks. Takie już są: reguły miłości. Robisz, co w twojej mocy, aby nimi nasiąknąć. Ponieważ korzyści przeważają nad wadami.”

             "Pół kroku do furii" to już zupełnie inny obraz. Tu pewien adwokat od rozwodów zaprzyjaźnia się ze swoją byłą klientką i któregoś dnia opowiada jej historię kobiety, które była jego pierwszą miłością. Była alchemiczką - nie tylko posiadała zdolność zamieniania rzeczy w złoto, ale potrafiła też stworzyć lekarstwo na wszelkie choroby oraz dokonać transformacji, czyli zmienić swoje ciało na inne. Dokonała zresztą wszystkich tych rzeczy, ponieważ jej mąż zachorował na raka i gdy uleczyła go z tej choroby odkrył jej talent. Mężczyzna był Rosjaninem uwikłanym w handel nielegalnym towarem, przemyt narkotyków, a ponad to był winny podobnym sobie wielkie pieniądze. Wpadł, więc na pomysł by wykorzystać talent żony do wyjścia ze swoich kłopotów. Ta nie zgodziła się jednak i zażądała rozwodu. Mąż znając jej możliwości nie miał wyboru, jednak powiedział o jej zdolnościach swoim kompanom. Aby być bezpieczna kobieta dokonała transformacji, podczas której niestety zapomniała wszystko ze swego poprzedniego życia. Wcześniej, jednak dała przykaz swemu przyjacielowi adwokatowi, aby swoim klientkom opowiadał jej historię, gdyż być może kiedyś trafi na nią i pod wypływem jego opowieści ona odzyska wszystkie wspomnienia. 

           Inne opowiadania były mniej lub bardziej interesujące, żadne jednak nie było na tyle porywające, żeby uznać twórczość tego pisarza za interesującą. Myślę, więc że Jonathan Carroll po raz pierwszy i ostatni zagościł w moich progach. 

piątek, 14 grudnia 2012

Gdy za oknem pada śnieg



       W tym roku grudzień przyniósł niesamowite ilości śniegu. Padało prawie codziennie, dopiero od kilku dni trochę się uspokoiło. Oczywiście taka aura jest jak najbardziej pożądana, w końcu biały puch i kolorowe światełka na choinkach tworzą prawdziwą magię świąt. Jeśli, jednak chodzi o mnie, zimę i śnieg lubię bardzo, ale najlepiej zza okna ciepłego pokoju. Niestety, nie mam możliwości, aby taki scenariusz zrealizować. Aczkolwiek, kiedy tylko miałam okazję owijałam się moim czerwonym kocykiem, parzyłam herbatę w dzbanku z niebieskimi kwiatkami i zapominałam o wszystkim, co smutne i nieprzyjemne, zanurzając się w kartki książki.

       Tym razem spędziłam chwile sam na sam z „Wybranymi zagadnieniami z fizyki katastrof” Marish’y Pessl, w której pełno wspaniałych i refleksyjnych cytatów.


Wybrane zagadnienia z fizyki katastrof - Marisha Pessl


       Jeden z tych cytatów najbardziej zapadł mi w pamięć:
„Jednak najbardziej zdumiewającą cechą złotych rybek jest ich pamięć. Ludzie użalają się nad nimi, sądząc, że biedne stworzonka pamiętają  tylko trzy ostatnie sekundy swego życia, tymczasem w rzeczywistości jest to wielki dar – być tak mocno przywiązanym do teraźniejszości. Są wolne. Nie rozpamiętują swoich życiowych błędów, potknięć, faux pas i trudnego dzieciństwa. Nie dręczą ich wewnętrzne demony, nie straszą upiory przeszłości. A cóż może przynieść więcej radości niż oglądanie świata wciąż na nowo, w całej jego trzydzieści tysięcy razy dziennie? Cóż to za rozkosz wiedzieć, że wasz Złoty Wiek nie przeminął czterdzieści lat temu, kiedy na głowie mieliście gęste włosy, ale zaledwie trzy sekundy temu, a w związku z tym może nadal trwa dokładnie w tej właśnie chwili. I w tej chwili też. I teraz również. I teraz.”
      Na jej kartkach poznajemy Blue – nastolatkę, maturzystkę, która po śmierci matki, wraz z ojcem, wykładowcą uniwersyteckim, prowadzi dość niezwykły tryb życia. Zmieniają swoje miejsce zamieszkania średnio trzy razy do roku, przez co dziewczyna za przyjaciela ma wyłącznie książki i swojego wyidealizowanego ojca. Nie przeszkadza jej to za nadto, gdyż innego życia nie zna, a ponad to ojciec zawsze jest w stanie przekonać ją do swoich racji.

       Dopiero, gdy Blue ma rozpocząć klasę maturalną, ojciec zaskakuje ją informacją, że tym razem cały rok będzie uczyć się i mieszkać w jednym miejscu. Wynajmuje dla nich piękny dom i zapisuje córkę do najlepszej szkoły.  Blue, początkowo sceptyczna, ma nadzieję na niezapomnianą i niesamowitą przygodę. Wierzy, że uda jej się poznać przyjaciół i przeżyć rzeczy, które do tej pory były, z powodu ciągłych przeprowadzek, dla niej niedostępne.

        Jeszcze przed rozpoczęciem zajęć szkolnych poznaje w sklepie Hannah Schneider – charyzmatyczną nauczycielkę filmu w szkole Blue, która od razu przypada dziewczynie do gustu. Dodatkowo okazuje się, że nauczycielka organizuje, oczywiście w tajemnicy, spotkania z piątką innych uczniów ze szkoły. Żaden z nich nie należy do zwyczajnych, szarych nastolatków i zaprzyjaźnienie się z nimi wcale nie należy do łatwych. Jednak, dzięki pomocy Hannah, w końcu Blue staje się częścią ich elitarnego „klubu”, częścią Błękitnych, jak ich nazywają.

       Im dłużej, jednak trwa owa, wyjątkowo relacja, dziewczyna dowiaduje się, tak o Błękitnych, jak i samej Hannah, różnych tajemniczych rzeczy, które nie dają jej spokoju. Co do samej nauczycielki dziewczyna początkowo myśli, że chodzi jej po prostu o randkę z jej ojcem, jak wszystkim innym kobietom, które stanęły na ich drodze dotychczas. Niestety, w tej historii nic nie jest oczywiste, ani łatwe do zrozumienia.

       Na przyjęciu zorganizowanym przez Hannah, na które Błękitni wraz z Blue przychodzą nieproszeni, stają się również świadkami śmierci przyjaciela swojej ukochanej nauczycielki. Oficjalna wersja głosi, że utopił się on z powodu zbyt dużej ilości wypitego alkoholu. Błękitni nie są jednak do końca przekonani, że tak było. Ponad to odkrywają podczas przyjęcia kolejne rzeczy, przez które tajemnica Hannah staje się jeszcze bardziej zaskakująca.

         Za kulminację można by uznać wydarzenia podczas wiosennego biwaku, na który Hannah postanowiła zabrać Błękitnych. Wszystko kończy się wielką tragedią, przez którą Blue zostaje nie tylko pozbawiona przyjaciół, ale w zasadzie zostaje pozbawiona życia w takim kształcie, jaki znała dotychczas.

     W tym też momencie przeżyłam wielkie rozczarowanie! Nie dlatego, że brakło happy endu. Powiedziałabym raczej, że problem stanowi brak zakończenia. Odniosłam wrażenie, że wszystko, jakby nagle się urwało. Nie ma pewności, co do żadnego wątku, oprócz faktu, że ktoś umiera, a Blue zostaje sama. Poza tym wszystkie zagadki i niedomówienia nadal pozostają zagadkami i niedomówieniami. Nie dowiadujemy się, kto był kim i dlaczego, wszystkiego trzeba się domyślić, a nawet więcej – dopisać sobie zakończenie w głowie.
         
          Oprócz mdłego zakończenia dość drażniące były też dygresje. Książka jest wspomnieniami Blue z tego okresu, kiedy działy się rzeczy, których nie rozumiała i z którymi ciężko jej się pogodzić. Pomijając rozwiązanie akcji, fabuła jest wciągająca i dobrze rozpisana. Niestety, między czasie wiele jest momentów, kiedy Blue mówiąc o czym zupełnie zbacza z tematu i nawiązuje do różnych pozycji literatury. Rozumiem oczywiście, co było celem takiego zabiegu – zapatrzona w swego mądrego i wykształconego ojca, wychowana wśród stosów książek, a nawet zmuszana czasem do zapoznawania się z literaturą, która mogła być dla niej nieodpowiednia Blue została przez to wszystko tak ukształtowana, że wszystko, co w jej życiu się działo, próbowała wyjaśnić sobie w oparciu o to, co było jej najlepiej znane. W każdym razie, chwilami takie zabiegi sprawiały, że książka sprawiała wrażenie nudnej i nieprzemyślanej, jakby autorka postawiła sobie za cel, aby jej dzieło było ostatecznie grubym tomiszczem, nie bacząc na konsekwencje tego dla samej fabuły.

            Pomijając to wszystko, powieść niewątpliwie ma w sobie dużo uroku i przed wszystkim często zmusza do refleksji, nad światem i życiem, które potrafi być zaskakujące i nieprzewidywalne.  

piątek, 23 listopada 2012

Podsumowanie listopada

         Listopad, jak wiadomo miesiąc jesienny. W tym roku do tego wyjątkowo zimny i szary, a ciemno za oknem robi się tak szybko, że wyjść z domu rzadko kiedy ma się ochotę. Na szczęście, jako zakochana w książkach taka atmosfera jest dla mnie jak najbardziej sprzyjająca - miałam bardzo dużo czasu na spędzenie miłych chwil sam na sam z książkami. Był to głównie miesiąc z literaturą fantasy, choć zaczął się od eksperymentu z polską autorką. 

         Pierwszą książką, która wypełniła mi kilka wieczorów była "Powtórka z morderstwa". Rzadko zdarza mi się sięgać po polskich autorów, szczególnie poruszających wątki miłosne. Ta pozycja znalazła się w moich rękach za sprawą przyjaciółki, która bardzo ją zachwalała, podkreślając, że Szwaja, jako autorka szczecińska pisze o miejscach, których znamy i w których często zdarza nam się być, a to dodaje wiele uroku czytaniu.


          Nie zaliczyłabym tej powieści do moich ulubionych, ale muszę przyznać, że czytało się ją miło, lekko i przyjemnie. Wątek miłosny nie był zbyt ckliwy i w odpowiednich proporcjach do reszty fabuły. Szwaja przedstawia nam swoich bohaterów w momencie kiedy podczas próby do programu w studio telewizji odnalezione zostają zwłoki głównej dyrektorki. Kilka godzin wcześniej wszyscy widzieli panią dyrektor jeszcze żywą i władczą, więc jej zwłoki w skrzyni po sprzęcie oświetleniowym są dla wszystkich zaskoczeniem. Zaczyna się dochodzenie policji, które wcale nie okazuje się być łatwe, gdyż panująca dyrektor nie była osobą powszechnie lubianą. 

          Młodemu komisarzowi w prowadzeniu sprawy koniecznie chce pomóc ambitna redaktorka, która uznała, że materiał z prowadzenia takiej sprawy mógłby pomóc rozwinąć się jej karierze. Mimo początkowego sprzeciwu z czasem komisarz i redaktorka zaprzyjaźniają się i razem próbują odnaleźć odpowiedź na nurtujące wszystkich pytania. Niestety, pomimo usilnych starań brakuje konkretnych dowodów i winnych, a sprawa zostaje umorzona. Spokój nie trwa jednak zbyt długo, gdyż w podobnych okolicznościach, znowu w tym samym studio koledzy pani redaktor odnajdują kolejne ciało i cała praca zaczyna się od początku. 

         Zakończenie niestety bardzo przewidywalne, tak w temacie samego sprawcy morderstw, jak i losów zakochanej pary. Wielkim plusem, jednak jest utrzymanie całości w bardzo humorystycznym tonie. Dzięki temu książkę czyta się szybko i przyjemnie, nawet pomimo tego że od momentu drugiego morderstwa tak naprawdę nie ulega wątpliwościom, jak zakończy się cała sprawa. Także fakt obsadzenia akcji w mieście, które jest mi dość dobrze znane dodawało uroku, łatwiej bowiem umiejscowić akcje w konkretnych miejscach i "zobaczyć" wydarzenia. Bądź, co bądź nie umieściłabym, jednak Moniki Szwaji na liście swoich ulubionych autorów. Przeczytanie tej pozycji nie sprawiło również, że chciałabym sięgnąć po kolejne jej dzieła. Jednakże "Powtórka z morderstwa" umiliła mi czas i sprawiła, że uśmiechałam się podczas jej lektury, a to dla mnie najważniejsze. 

         Po tych humorystycznych akcentach postanowiłam powrócić dalszych części trylogii rozpoczętej w październiku - Trylogii CZARNEGO MAGA




       Na całość składają się, oprócz czytanej w tamtym miesiącu "Gildii Magów", jeszcze dwa tomy, a mianowicie "Nowicjuszka" oraz "Wielki Mistrz". Każda część jest oczywiście kontynuacją poprzedniej, choć czytanie ich osobno nie stanowi zbyt wielkiego problemu, gdyż na wstępie autorka przypomina o najważniejszych dla fabuły informacjach. 

         Gildia Magów, jak już była mowa, opowiada historię Sonei, biednej dziewczyny ze slumsów, która przez przypadek odkrywa, że posiada talent magiczny, zbyt mocno nienawidzi i boi się magów, aby chcieć do nich dołączyć. W końcu jednak rosnąca w niej moc nie daje jej wyboru i trafia do Gildii, gdzie w końcu postanawia zostać, aby pobierać nauki, jak ze swojej nowej mocy korzystać. O tym też jest druga część trylogii - mała Sonea zostaje wcielona do Gildii, jako nowicjuszka i wraz z innymi ma pobierać naukę na Uniwersytecie. Choć myślała, że jej problemy skończyły się wraz z przyjęciem jej do społeczności magów, okazuje się, że jest zupełnie odwrotnie. Jest pierwszą osobą z biedoty, która zostaje przyjęta na naukę, a to nie wszystkim się podoba. Natrafia na swojej drodze na zawziętego i wyjątkowo wrogo do niej nastawionego Regina, który szybko skupia wokół siebie grupę, która razem z nim z lubością prześladuje dziewczynę. Duma Soeni nie pozwala jej zwrócić się jej po pomoc do swojego mentora, próbuje więc sama radzić sobie z sytuacją, mając nadzieję, że wrogi Regin w końcu jej odpuści. Niestety z każdym dniem jego działania wpędzają ją w coraz to większe tarapaty. Ponad to dziewczyna musi ukrywać przed wszystkimi tajemnicę, o której dowiedziała się nie będąc jeszcze nowicjuszką w Gildii - o używaniu przez Wielkiego Mistrza zakazanej, czarnej magii. Na nieszczęście już dręczonej Soeni Wielki Mistrz odkrywa tajemnicę i odbiera mentorowi dziewczyny opiekę nad nią, sam obwołując się jej opiekunem. Soenia czuje się przerażona i zrozpaczona, a na dodatek uzyskanie statusu nowicjuszki Wielkiego Mistrza przynosi jej jeszcze więcej kpin i prześladowań. W końcu, za namową przyjaciela - syna dawnego mentora, dziewczyna rzuca publiczne wyzwanie Reginowi i staje na przeciwko niego w magicznym pojedynku, który udaje się jej zwyciężyć. Ostatecznie, więc udaje jej się rozprawić z jedynym problemem, na którym też kończy się drugi tom.

         "Wielki Mistrz" kończy pasjonującą trylogię. Tutaj wciąż lękająca się swego nowego mentora Sonea stara się znajdować coraz to nowe sposoby by go unikać. Niestety Akkarin wcale nie zamierza jej tego ułatwiać, zdaje się nawet, że ma wobec dziewczyny wielkie plany. Krok po kroku wyjawia Sonei swoją głęboko skrywaną tajemnicę, co ostatecznie sprawia, że Sonea uświadamia sobie, że działania Akkarina mają na celu jedynie obronę kraju i Gildii, a praktykowanie czarnej magii i ukrywanie tego przed wszystkimi jest wyrazem wielkiej odwagi. Sonea postanawia zostać sojuszniczką Wielkiego Mistrza i stać przy jego boku w niszczeniu wrogów. Nie zmienia swego postanowienia nawet w chwili, kiedy cała tajemnica wychodzi na jaw, a Gildia, nie wierząc w opowieść Wielkiego Mistrza, postanawia go wygnać. Zaczyna się, więc długa i trudna wędrówka przez góry i pustkowia w oczekiwaniu na wezwanie do powrotu, w które oboje planują, wiedząc że kraj w końcu zostanie zaatakowany. Między Soneą i Akkarinem rodzi się głęboki uczucie, które oboje muszą wciąż odkładać na dalszy plan w świetle trwającej inwazji. Przez bezmyślność i zaślepienie Króla i magów Gildii w końcu dochodzi do ostatecznej bitwy, którą udaje się wygrać tylko dzięki poświęceniu wygnańców. 

         Niestety, przyjęłam płaczem zakończenie! Spodziewałam się, jak to zwykle bywa szczęśliwego zakończenia. Jednak autorka zaskoczyła mnie uśmiercając Akkarina za cenę uratowania Gildii. Sonea pozostaje, więc sama i do tego również pozbawiona tego, co powinno jej się należeć. Zostaje Czarnym Magiem Gildii, nie może dokończyć nauki na Uniwersytecie, ani sama opuszczać terenu Gildii. Pozwolono jej jedynie na założenie szpitala i leczenia biednych ludzi w slumsach, o czym zawsze marzyła. W ostatnich zdaniach wyjawia jedynie, że spodziewa się dziecka Akkarina, niestety według mnie to słabe pocieszenie po takim smutnym rozstrzygnięciu.

          Pomijając, jednak moje rozczarowanie zakończeniem trylogia Trudi Canavan jest jedną z lepszych książek, jakie czytałam. Wciągająca, zapierająca dech fabuła i bogato opisany świat magii. Wątek Sonei i Akkarina nie jest oczywiście jedynym, który opisuje w powieściach autorka. Poznajemy również losy innych magów i przyjaciół Sonei, które w różnych momentach splatają się ze sobą. 

        Ostatnie rozdziały trzeciego tomu czytałam z takim zapamiętaniem, że dopiero zamykając książkę zorientowałam się, że za oknem już jaśnieje, a na zegarku godzina 5.30. I na pewno będę tęsknić za tą historią...

niedziela, 28 października 2012

Nie do przebycia

       Po ostatnim spotkaniu z fantasy postanowiłam zostać przy tym temacie. Głównie dlatego, że w końcu udało mi się upolować w bibliotece pierwszą część opowiadań o Wiedźminie Sapkowskiego. Zdaje się, że kiedyś przeczytałam opinię, według której Sapkowski jest obowiązkową kanwą literatury fantasy. Od tamtej też pory przeszukałam wiele bibliotecznych półek, jednak książka chyba naprawdę bardzo popularna, bo dopiero na moim małym osiedlu udało mi się ją dostać.


        Niestety, okazało się, że moje poszukiwania były tak naprawdę bez celowe. Dlaczego? Po kilku przeczytanych rozdziałach doszłam do wniosku, że nie czuję stylu i klimatu Sapkowskiego. Byłam tak znudzona, jak już dawno nie zdarzyło mi się być przy czytaniu. Myślę, że winę za to ponosi głównie fakt, że za dużo w Wiedźminie opisów walki i potworów, których nazwy niewiele mi mówiły. 

       Dużym minusem był jeszcze brak akcji, jako takiej. Mam na myśli spójną fabułę, z którą do czynienia miałam w Gildii Magów. Tutaj, choć w teorii cała historia odnosi się do wiedźmia, to jednak każdy rozpoczynany rozdział tyczy się innej przygody w jego życiu, w której to zabija kolejnego potwora, bądź uwalnia damę z opresji. 

     Nie mówię oczywiście, że jest to literatura z rodzaju tych kiepskich. To raczej ja nie poczułam klimatu i nie polubiłam się ze stylem Sapkowskiego. I choć kilka razy próbowałam zmusić się do doczytania do końca, w końcu musiałam się jednak poddać. Od początku założenia tego bloga nie zdarzyło mi się sięgnąć po jakąś publikację i porzucić ją w połowie. Dla dobra, jednak mego jesiennego samopoczucia uznałam, że lepiej będzie sięgnąć po coś, co zainteresuje mnie bardziej niż, w gruncie rzeczy smutne losy Geralta wiedźmina. Sapkowski zaś raczej już nie zagości na mojej półce z książkami. 

środa, 10 października 2012

Tydzień z magią w głównej roli

       Tak, jak przewidywałam - początek roku akademickiego dał mi w końcu więcej czasu na czytanie. 511 stron kolejnej powieści na mojej półce w przeciągu niecałego tygodnia i to z zajęciami na uczelni i innymi ważnymi sprawami. Sprawiło mi to wiele radości :D

        Tym razem udało mi się zdobyć pozycję, do której zamierzałam sięgnąć, od kiedy tylko pierwszy raz zobaczyłam ją w księgarni. Niestety do tej pory żadna biblioteka nie mogła mi w tym pomóc. Jednakże, ku mojej wielkiej radości, przy moim nowym mieszkaniu mam również, choć niewielką to jednak wspaniale wyposażoną filię biblioteki miejskiej. Tam też, szukając, co prawda "Wiedźmina" Sapkowskiego, natrafiłam na Trudi Canawan. Tym o to sposobem oddałam tydzień swego życia "GILDII MAGÓW".




     Powieść zdecydowanie lekka, miła i przyjemna. Napisana w taki sposób, że rozdziały umykają, jakby mieściły się na jednej kartce. Zdając sobie sprawę, że jest to pierwsza część sagi, obawiałam się, że nim jakakolwiek akacja się rozkręci zdążę się znudzić. Jednakże fabuła jest tak rozpisana, że choć Gildia jest tylko wstępem do dalszej historii, może równie dobrze stanowić samodzielną powieść.

     Pierwsza część sagi opowiada historię biednej dziewczyny Sonei, która żyje w świecie, gdzie oprócz pieniędzy pozycję gwarantuje również posiadanie umiejętności magicznych. To magowie czuwają nad porządkiem i pomagają królowi w utrzymaniu władzy. Jednakże biedni i nieposiadający ważnych pozycji ludzie ze slumsów traktują ich jak największych wrogów. Wielkie jest, więc zdziwienie Sonei, kiedy przez przypadkowe zdarzenie okazuje się, że ona sama posiada umiejętności, które do tej pory, jak jej się wydawało, były dostępne tylko nielicznym i przede wszystkim bogatym. 
      Niestety Sonea musi zmagać się nie tylko z budząca się w niej magią, ale również z całą kliką magów, która postawiła sobie za cel odnaleźć ją i, jak sądzi dziewczyna, zabić. 

      Przyznam, że kończąc dziś czytać Gildię, miałam ochotę pobiec do biblioteki po kolejną część, aby przekonać się, co dalej zdarzy się z Soneą i jej przyjacielem, który kocha ją tak mocno, że zrobiłby dla niej wszystko. Z tego też względu doszłam do wniosku, że dopiero przeczytanie całej sagi da mi pełen obraz i ocenę twórczości Canavan. Zawieszam, więc pisanie o trylogii CZARNEGO MAGA, aż do chwili odczytania ostatniego zdania trzeciej części. 

czwartek, 4 października 2012

Wspomnienia lata w październiku

       Dziś podczas powrotu do domu złapała mnie tak wielka ulewa, że wchodząc do mieszkania dosłownie ociekałam wodą. I pewnie taki będzie cały październik - pełen niespodziewanych deszczy i pochmurnych dni. Do tego zostałam już wciągnięta w wir "początkowo-semestrowego" szaleństwa. Co chwila jakieś zadania, załatwianie miliona spraw... Aż tęskni się za powrotem do lata, szczególnie takiego beztroskiego, którego w tym roku niestety mi zabrakło.

       Z pomocą biblioteczki cioci L., jednak choć na kilka chwil w ciągu dnia, mogłam pomarzyć o prawdziwych, przyjemnych wakacjach. Umożliwiła mi to Molly Hopkins swoją powieścią "PEWNEGO RAZU W PARYŻU"


        Autorka przedstawia nam historię młodej kobiety, która z powodu bankowych długów i utraty dotychczasowego źródła utrzymania, postanawia podkoloryzować swoje CV i zostać przewodniczką wycieczek. Wydaje się jej, że to pomysł idealny - zajęcie łączące w sobie przyjemność z zarabianiem dużych pieniędzy. Niestety, pomimo zdobycia wymarzonego stanowiska, brak doświadczenia i potrzebnych umiejętności dziewczyny szybko wychodzą na jaw. Na szczęście zapobiegliwa i szalona bohaterka potrafi wyjść z każdej problematycznej sytuacji, bądź to  dzięki sprytowi, bądź pomocy przystojnego kierowcy autokaru, który towarzyszy jej w podróżach. Na dodatek ich zawodowe relacje szybko przeradzają się w coś bardziej emocjonalnego. 
        Wszystko wydaje się układać lepiej, niż można by sobie wymarzyć, dopóki świeżo upieczona przewodniczka ulega wypadkowi i ląduje w szpitalu. Dla odzyskania zdrowia Evie musi spędzić kilkanaście dnia na bezczynnym leżeniu w łóżku, przez co zostaje rozdzielona z ukochanym, który prowadząc własny biznes nie może zrezygnować z pracy na tak długi czas. Co gorsza po czasie okazuje się, że tak idealny dotąd mężczyzna zdradza czekającą na niego z utęsknieniem Evie. I bajeczne i właściwie beztroskie życie dziewczyny nagle staje się bardziej skomplikowane. 

         W trakcie czytania tej książki przeczytałam kilka komentarzy użytkowników na jej temat, którzy właściwie w większości uznali, że jej czytanie było zwyczajną stratą czasu. Ja jednak odnosiłam zupełnie inne wrażenie. Powieść może nie jest arcydziełem literatury, jednakże czyta się ją lekko i przyjemnie. Fabuła jest dość przewidywalna, ale wydaje mi się, że większość książek o miłości taką ma - albo zmierzamy do happy endu, albo kończymy na złamanym sercu i utraconym uczuciu. I mimo, iż spodziewałam się, przynajmniej w zarysie, jak potoczą się losy bohaterki, zupełnie nie popsuło mi to przyjemności czytania. Do tego malownicze tła, na których rozgrywała się akcja i wywołujące uśmiech wpadki dodawały całości uroku. 

        Może brak solidnego wakacyjnego wypoczynku i samotność  które sprawiły, że rozmarzyłam się czytając tą powieść, sprawiły, że tak bardzo mi się spodobała. Może też to z powodu słabości do tego typu książek. A może po prostu ten kawałek mojej duszy, który wbrew wszystkiemu pozwala mi wierzyć, że romantyczna miłość może się przydarzyć.

       Bez względu na powód, powieść Hopkins z całą pewnością mogę zaliczyć do książek, które przeczytałam z przyjemnością i uśmiechem. Myślę, że w tym niespokojnym początku nowego roku akademickiego właśnie taka książka była mi potrzebna. 

niedziela, 23 września 2012

September ends


        Czy się to komuś podoba, czy nie wrzesień dobiega końca. A to znaczy, że trzeba wrócić na uczelnie i skupić się na kolejnym etapie edukacji. 


             Zanim, jednak nadejdzie ten moment - przede mną cały Zanim tydzień laby i odpoczynku, którego wbrew pozorom nie miałam za wiele w te wakacje. Zamierzam poświęcić ten czas wyłącznie na czytanie. W czerwcu zakupiłam kilka świeżych, pachnących książek, a brak czasu sprawił, że udało mi się przeczytać jedynie dwa tytuły.

               Lipiec, zatem minął mi w towarzystwie DALLAS '63, oczywiście Stephena Kinga.
             
                Konkretnych rozmiarów powieść, gdzie główny bohater - przeciętny nauczyciel - zostaje wbrew sobie zmuszony do ruszenia w długą, najbardziej ryzykowną podróż jego życia, podróż w czasie. Dowiaduje się bowiem od dobrego przyjaciela, że w jego maleńkim pubie znajduje się dziura do roku 1958 roku, dzięki której można swobodnie przejść do świata przyszłości. Jednakże każda taka podróż powoduje wielkie zmiany - zmiany w losach świata.
           Przyjaciele razem obmyślają plan, chcą odmienić losy ziemi ratując przed śmiercią prezydenta Johna F. Kennedy'ego, który zginął z ręki zamachowca w 1963 roku. Niestety przeszłość nie lubi być zmieniana, zatem droga ku realizacji zadania wcale nie będzie prosta. Nad to sprawa skomplikuje się jeszcze bardziej, gdy na drodze skromnego nauczyciela pojawi się kobieta jego życia, a on sam będzie musiał zdecydować, jakie decyzje podjąć by wszystko ułożyło się jak najlepiej. 

                   Po zamknięciu ostatniej strony powieści Kinga, postanowiłam w końcu sięgnąć po mój urodzinowy prezent, a mianowicie po CIEŃ WIATRU, którego autorem jest Carlos Ruiz Zafon. 

               Bardzo długo odkładałam lekturę tej powieści, gdyż po pierwszym przeczytaniu kilku początkowych kartek fabuła mnie nie wciągnęła. Jednakże, przy drugiej próbie w końcu udało mi się poczuć klimat tej książki. 
                Opowiada o chłopcu, który pewnego dnia, wraz z ojcem udaje się na Cmentarz Zapomnianych Książek, gdzie ma znaleźć jedną książkę, którą ocali od zapomnienia. W jego ręce trafia powieść nieznanego autora Juliana Craxa. Daniel z biegiem czasu, coraz bardziej zaintrygowany powieścią autora, postawia dowiedzieć się o nim więcej i dotrzeć do innych jego dzieł. Niestety okazuje się, że ktoś najwyraźniej postawił sobie za życiowe zadania zniszczenie wszystkiego, co w jakiś sposób wiąże się z Craxem. Chłopak, pomimo trudności zaczyna od odkrywać, jednak po drugiej, tajemnicę młodego pisarza.
             Powieść właściwie opiera się przede wszystkim na opowieściach, które Danielowi udaje się zasłyszeć u różnych źródeł. Jednakże, pomimo to, jest ona wyjątkowo wciągająca i klimatyczna. Muszę, jednak przyznać, że nie zdobyła w mojej skali najwyższej oceny, gdyż było w niej kilka fragmentów, które wprawiły mnie w znudzenie. Ogólnie, jednak powieść godna polecenia. Może nawet sięgnę po kolejne pozycje tego autora. 


wtorek, 21 sierpnia 2012

Czas jest względny

                 Muszę przyznać, że kiedy ostatnio tu zaglądałam miałam nadzieję, że wakacje będą moim synonimem wolnego czasu, który mogłabym poświęcić na czytanie. Przed wyjazdem do Holandii nawet specjalnie kupiłam sobie kilka sztuk z wielkiego wyboru dzieł Stephena Kinga. Pewnie staję się nudna, ale jego twórczość, tak daleka od banałów rzeczywistości sprawia, że mogę oderwać się od mojej, czasem szarej codzienności – co ostatnio jest mi potrzebne bardziej niż dotychczas.

                 W każdym razie okazało się, że wakacje nie przyniosły mi tyle czasu dla książek ile sobie wyobrażałam. Bądź, co bądź, jednak z kilkoma perełkami udało mi się zaprzyjaźnić i to z wielką przyjemnością.

                  Czerwiec spowijała atmosfera horroru i grozy, która emanuje z opowiadań „4 po północy”. Co prawda biorąc tę książkę w ręce myślałam, że to spójna powieść, a że jest ona dość znaczących rozmiarów (około 800 stron) miałam nadzieję na wciągającą, pełną barwnych postaci opowieść. Niestety w domu, gdzie doczytałam opisy na okładkach okazało się, że „4 po północy” to nie jedna, a cztery mini powieści, z których dwie zostały zekranizowane.

                                               

                 Pierwsze z opowiadań nosi tytuł „LANGOLIERY” i jest to historia, która w 1995 roku doczekała się swojej ekranizacji. Niestety nie miałam przyjemności spędzić chwil z filmem, jednakże wydaje mi się, że kiedy kręci się na podstawie twórczości takiego mistrza pióra, jak King możliwości na spartaczenie takiej produkcji są niewielkie. Wracając jednak do słowa pisanego – fabuła ukazuje grupę ludzi, którza obudziwszy się po drzemce w samolocie zdają sobie sprawę, że większość ich współpasażerów, jak również piloci i obsługa w dziwny sposób zniknęli z pokładu maszyny. Wśród „ocalonych” jest jednak licencjonowany pilot, który, po naradach i pierwszym szoku, postanawia posadzić samolot na pasie najbliższego lotniska. Niestety z czasem okazuje się, że zniknięcie ludzi z samolotu nie jest największym problemem pasażerów dziwnego lotu.

                 Muszę przyznać, że fabuła jest wciągająca, a do tego wszechogarniająca atmosfera grozy, która sprawia, że od początku ma się świadomość, że stanie się coś złego i przerażającego i drży się nie wiedząc, kiedy to się stanie. Również idea przeszłości i przyszłości bardzo przypadła mi do gustu - znikających i powstających, kiedy w nie wkraczamy lub odchodzimy. Jednakże sama postać langolierów, jako tej złej istoty odrobinę mnie rozczarowała. Jakoś nie pasowały mi one do całości. Ta atmosfera grozy, o której mówiłam sprawiła, że spodziewałam się czegoś innego, co byłoby tym wcieleniem „zła”. Z czystym sumieniem, więc mogę powiedzieć, że to dobra historia, choć podobała mi się najmniej ze wszystkich przedstawionych.

                  Druga historia po północy nosi tytuł „TAJEMNICZE OKNO, TAJEMNICZY OGRÓD”. Czytając ją wciąż miałam nieodparte wrażenie, że gdzieś już miałam styczność z tą powieścią, jednakże nie mogłam sobie przypomnieć gdzie. W końcu jednak przed oczami stanęła mi twarz Johnnego Deepa i wtedy uświadomiłam sobie, że i to opowiadanie ma już swoją ekranizację, która miała swoją premierę w 2004 roku. Film powstał pod tytułem „Sekretne okno” i oglądałam go nim jeszcze sięgnęłam po książkę, ba nawet nim miałam świadomość, że scenariusz powstał na podstawie twórczości Kinga. Film, podobnie jak opowieść są na bardzo dobrym poziomie. Trzymające w napięciu z niespodziewanym zakończeniem. Przedstawia pisarza z dość znaczącym dorobkiem, który po rozstaniu z żoną postanawia odpocząć od świata i zaszywa się w letnim domku w małym miasteczku. Niestety spokojny i nastawiony na odpoczynek czas zmienia się w absurdalny dla pisarza koszmar, kiedy przed jego drzwiami pojawia się tajemniczy nieznajomy oskarżając bohatera o plagiat. Daje mu trzy dni na odnalezienie oryginału opowiadania i udowodnienia, że należy ono do niego. Z każdym krokiem, z pozoru banalna sprawa, zaczyna się coraz bardziej komplikować i przyprawiać bohatera o kłopoty większe niż te, których się spodziewał.

                   Za moje ulubione mogę bez skrupułów uznać historię numer trzy – „POLICJANT BIBLIOTECZNY”. Głównym bohaterem jest Sam Peebles, młody przedsiębiorca, który pewnego wieczora zgadza się pomóc znajomemu i wygłosić mowę na corocznym spotkaniu przedsiębiorców. W celu przygotowania przemowy udaje się on do publicznej biblioteki, by znaleźć książkę, która mu w tym pomoże. Trafia tam na dość ekscentryczną bibliotekarkę, która przypomina mu, co chwila by pamiętał o zwróceniu książki w terminie, inaczej będzie musiała wezwać policję biblioteczną. Sam ignoruje dziwną kobietę i zapomina o sprawie do czasu, kiedy okazuje się, że bibliotekarka wcale nie pracuje w miejskiej bibliotece, ba ludzie mówią, że pracowała ona na tym stanowisku wiele lat temu, a potem zniknęła bez słowa. Co gorsza nieistniejąca bibliotekarka domaga się zwrotu książki, która, jak z przerażeniem zauważa Sam, zaginęła bez śladu. Zaczyna się szalony wyścig z czasem i potworem, który nie powinien istnieć.

                  Opowieść ta przypadła mi tak bardzo do gustu ze względu po pierwsze na swoją tematykę. Po drugie bardzo spodobało mi się to, że King z banału używanego do straszenia dzieci niedotrzymujących terminu zwrotu książkę potrafił stworzyć historię, która przeraziłaby nie tylko dzieci. Świetne jest również rozwiązanie fabuły, jak również splot losów bohaterów, którzy z początku wydaje się, że nie mają żadnego znaczenia dla całości. I choć jest to tylko fikcja literacka, sprawiła, że tym razem poszłam zwrócić książki do miejskiej biblioteki kilka dni przed terminem :P

                  Ostatnią, czwartą opowieścią kończącą tom jest „POLAROIDOWY PIES”. Właściwie lekka historia o zawziętym chłopcu, który z okazji swych urodzin dostaje aparat polaroid, o którym zawsze marzył. Niestety aparat jest bardzo wyjątkowy – robi, jak się początkowo wydaje, to samo zdjęcie. Psa – wielkiego, groźnego i przerażającego z każdym zdjęciem coraz bardziej, a co gorsza stwór zamierza wydostać się ze swojego dwuwymiarowego świata.

                  Ta historia, choć równie ciekawa i wciągająca, jak pozostałe, momentami wywoływała u mnie znudzenie. Myślę, że wpływ na to miał fakt, że autor mocno skupił się na tym, co dzieje się z aktualnym posiadaczem aparatu niż na samym temacie jego niezwykłości. Do tego samo rozwiązanie akcji, na które czeka się z wytęsknieniem jest krótkie i konkretne. Mimo zdaniem nawet niezbyt straszne. Chyba opowieści o aparatach i zdjęciach nie wywołują u mnie takich pozytywnych odczuć, jak choćby o bibliotekach ;)

środa, 23 maja 2012

And the winner is...

             Zwycięstwo!! Pierwszy raz w życiu udało mi się coś wygrać i to w dodatku w prawdziwym konkursie z nagrodami :P

             Wzięłam udział w konkursie zorganizowanym przez administratorów bloga "Książki moja miłość". Zadanie polegało na rozwinięciu zdania na temat tego, co było dla mnie największą pułapką nowego roku. Pytanie wiązało się nierozerwalnie z nagrodą, którą była książka Jolanty Kwiatkowskiej "Pułapka nowego roku". I tą właśnie książkę udało mi się zdobyć.

              Muszę przyznać, że pisząc odpowiedź do głowy mi nie przyszło, że mam szansę na wygraną. Najczęściej nie mam szczęścia w tego typu rzeczach, więc kiedy kilka dni temu dostałam maila z prośbą o dane do wysyłki nagrody nie wierzyłam własnym oczom. Ale euforia była niesamowita!! Wiem, że to tylko kilkuset stronicowa książka, którą mogłabym sama kupić w księgarni za nie więcej niż 50zł. Jednak to uczucie, kiedy masz świadomość, że dostaniesz coś za darmo, jedynie w zamian za napisanie kilku zdań. Czuje się z tym naprawdę bardzo dobrze.

                  Teraz czekam z niecierpliwością, aż w końcu dojdzie do mnie ta pachnąca nowością publikacja. Niestety nie wiem, jak długo będę jeszcze czekać, gdyż dopiero dziś część nagród została wysłana i nie mam pewności, że to była ta część z moją nagrodą.

                    W każdym razie czekam z nadzieją, że to będzie ciekawa historia. Z reguły bowiem omijam większość polskich autorek. Oczywiście nie uważam, że piszą źle, czy nieciekawie. Po prostu ci zagraniczni łatwiej trafiają do rąk w bibliotece ;) A na kupowanie nowości niestety mnie nie stać, przynajmniej na razie. Kiedyś zbuduję sobie w domu bibliotekę i będę ją sukcesywnie uzupełniać nowymi pozycjami prosto z półek księgarni :D A na razie cieszę się tym, co mam i tym, co nadchodzi już, mam nadzieję, pocztą.

piątek, 4 maja 2012

Niespodziewanie, ale było o miłości

               Zawsze, po prostu za każdym razem, kiedy kończę czytać jakąś książkę jest mi ogromnie smutno, że nie ma już nic dalej. Gdy jestem w trakcie czytanie nie mogę się doczekać, by poznać zakończenie, nie stresować się już, co będzie z bohaterami, których polubiłam. Jednak, gdy już otwieram ostatnią kartkę czuję się rozczarowana, że tak szybko moja przyjemność się skończyła. 

              Tym razem zdarzyło mi się to przy powieści Stephanie Meyer "Intruz".


             Trafiła mi w ręce w bibliotece zupełnie przypadkowo, gdyż szukałam kolejnych dzieł Kinga. Kiedy, jednak wzięłam ją z półki i zobaczyłam nazwisko autorki "Zmierzchu" postanowiłam wziąć ją do domu, oczywiście rzecz jasna razem z powieścią Kinga :) 

              W zasadzie nie wiedziałam, czego się spodziewać,  gdyż nie czytałam nigdy do tej pory o tej pozycji. Zachęcił mnie, jednak opis na okładce, zgodnie z którym jest to pierwsza książka Meyer napisana z myślą o dorosłych. Uznałam, więc że różnić się będzie o "Zmierzchu", który należy do moich ulubionych lektur. Wtedy jednak nie miałam chęć na, powiedzmy sobie szczerze, dość rozckliwiony romans. I pod tym względem książka ani trochę mnie nie rozczarowała.

                Opowiada historię o duszach, które zamieszkują ciała ludzi, tym samym niszcząc ich świadomość. Działają w ich mniemaniu dla dobra planety, gdyż uważają ludzi za destrukcyjny gatunek, który głównie niszy, a one chcą żyć w spokoju, w zgodzie z naturą. Jednakże Wagabunda, która mieszkała już na wielu innych planetach. Tym razem zostaje wszczepiona w ciało Melanie i wbrew swym oczekiwaniom musi stanąć twarzą w twarz z okolicznościami, których się nie spodziewała. Melanie bowiem nie zamierza się poddać, mimo iż odebrano jej władze nad własnym ciałem. Jest w stanie kontaktować się z Wagabundą, a jej wspomnienia i wielka miłość do brata i ukochanego sprawia, że z natury dobra i współczująca dusza doznaje uczyć, o których nie miała do tej pory pojęcia. Ich rosnąca zażyłość, początkowo wroga potem zmieniająca się w przyjaźń, doprowadza je do kryjówki ludzi i daje początek niesamowitym wydarzeniom w ich wspólnym już życiu. 

               Historia i straszna i wzruszająca, pełna szczęścia, jak i smutku. Zdecydowanie nie jest to romans, ale opowieść o prawdziwych, silnych emocjach i uczuciach. O starciu między walką o własne życie, a wstrętem do przemocy i czynienia zła. A wraz z upływem akcji staje się też opowieścią o poświęceniu i czystej dobroci. Godny uznania jest również wątek miłości - początkowo wydawać się może, że przy takich okolicznościach happy end jest nie możliwy, przynajmniej taki, który zadowoliłby wszystkich. Jednak potem okazuje się, że wszystko jest możliwe. To chyba najbardziej urzekło mnie w tej opowieści. Im dalej czytałam, tym bardziej straciłam nadzieję, że rozwiązanie tej historii może być takie, żeby wszyscy bohaterowie mogli żyć długo i prawie szczęśliwie (nie licząc życia na kolonizowanej przez obcą formę życia planecie). Jednakże Meyer zupełnie mnie zaskoczyła układając wszystko tak, że nawet ja, zwolenniczka bajkowych, nierealnych happy endów, zostałam najzupełniej zaspokojona. 

               Wspaniałe jest również to, że wszystkiego jest w powieści w odpowiedniej ilości. Jest akcja i trzymające w napięciu zdarzenia. Ale jest też wiele momentów, kiedy można od tych napięć odpocząć, kiedy Wagabunda dzieli się z czytelnikiem najgłębszymi myślami i emocjami. Wszystko w odpowiednich proporcjach, co sprawia, że książka wciąga tak mocno, że sypiałam w nocy po 3 godziny. To pewnie przez to tak szybko ją skończyłam, ale cóż mogę poradzić na to, że jak już zanurzę się w historię, która mnie oczaruję nie potrafię się oderwać, nawet za cenę cieni pod oczami i ziewania przez cały kolejny dzień. 

                Na długo zapamiętam tą książkę. Szczególnie jeden z moich ulubionych fragmentów:
"(...) Z Ianem było inaczej, zupełnie inaczej, ponieważ Melanie nie kochała go tak jak ja. Dlatego kiedy mnie dotykał, doświadczałam czegoś głębszego i wolniejszego, przypominającego bardziej podziemną wędrówkę płynnych skał, ukrytych zbyt głęboko, by można było poczuć ich żar, lecz zarazem pozostających w ciągłym ruchu, który kształtuje od nowa posady świata. 
Moje ciało stało między nami jak całun gęstej mgły - wystarczająco jednak przezroczystej, bym mogła ją przejrzeć i odgadnąć, co się dzieje.
Zmieniałam się ja, nie Mel. Był to proces niemalże metalurgiczny, zachodzący głęboko we mnie, zaczęty dawno i zbliżający się ku końcowi. Ten długi pocałunek zwieńczył dzieło - zanurzył rozżarzone ostrze w zimnej wodzie, nadając mu trwały, niezniszczalny kształt. 
Znowu zaczęłam płakać, gdyż uświadomiłam sobie, że podobna zmiana musi zachodzić również w nim - w tym oto mężczyźnie, tak dobrym, że mógłby być duszą, i zarazem tak silnym, jak tylko człowiek być potrafi. 
Zbliżył usta do moich oczu, lecz było już za późno. Stało się.
- Nie płacz, Wando. Nie płacz. Zostaniesz ze mną.
 - Osiem pełnych żyć - szepnęłam łamiącym się głosem, tuląc usta do jego policzka. - Przez osiem pełnych żyć nie spotkałam nikogo, dla kogo zostałabym na jednej planecie, za kim powędrowałabym gdziekolwiek. Nigdy nie znalazłam sobie partnera. Dlaczego teraz? Dlaczego ty? Należysz do innego gatunku. Jak możesz być moim partnerem?
- Świat jest dziwny - odparł cicho. (...)" 

                  "Intruz" jak najbardziej 10 na 10 w mojej osobistej skali ocen. Choć pewnie zbyt obiektywna nie jestem. Ale co tam - mój blog, moje zasady :D

wtorek, 24 kwietnia 2012

Rozemocjonowana

              I w kolejnej powieści Kinga zamknęłam ostatnią kartkę. Tym razem była to kartka, którą bardzo smutno było mi obrócić. Choć z drugiej strony nie mogłam doczekać się, żeby poznać zakończenie.
              W każdym razie od początku. Myślę, że po tej powieści Stephen King już na pewno zostanie moim ulubionym autorem. Wszystko, co do tej pory czytałam jego autorstwa działa na mnie tak samo - bardzo się emocjonuje i czuję się tak, jakbym to ja była na miejscu głównych bohaterów. Kiedyś, dość już dawno czytałam inną jego dzieło, na które reagowałam podobnie - "To". Bardzo niepozorny tytuł, ale opowieść pełna wrażeń. Choć zakończenie odrobinkę mnie rozczarowało, ale nie o tym tu mowa.

             
                 "Pod kopułą" to historia małego miasteczka, gdzieś w Stanach Zjednoczonych, które żyje sobie spokojnie swoim życiem, nie spodziewając się żadnych nadzwyczajnych wydarzeń. Aż do dnia, kiedy nagle, bez żadnego ostrzeżenia na miasto spada kopuła niewiadomego pochodzenia. Z jednej strony jest jak szkło i właściwie nie wpływa na człowieka w żaden zły sposób - no może oprócz tych, którzy posługują się różnego rodzaju urządzeniami elektronicznymi. Z drugiej zaś materiał, z którego jest utworzony nie jest znany na ziemi i nikt nie wie, co zrobić, aby uwolnić mieszkańców z pod klosza.
                  Dzięki temu, że autor wprowadził do akcji wielu bohaterów, powieść jest niezwykle barwa. Obserwujemy wydarzenia z wielu punktów widzenia - oczami tych dobrych i tych złych. Widzimy ludzi, którzy wiedzą jak niebezpieczne może być pozostawanie w długotrwałym zamknięciu, bez dostępu do świata zewnętrznego. Ludzi, którzy potrafią spojrzeć na to, co się dzieje z dystansu i wiedzą, że trzeba działać, choć jak się okazuje działać za bardzo nie mają jak. Ale przemierzamy też miasto z tymi, którzy wykorzystują zaistniałą sytuację, aby dać upust swoim ukrytym dotąd, ciemnym pożądaniom. Z tymi, którzy czując się, jak ryba w wodzie czerpią korzyści ze strachu ludzi i widzą w panującej sytuacji szansę na wielki sukces oraz możliwość wyeliminowania wszystkiego, co do tej pory stało im na drodze.
                   Ponad to wszystko, już od początku pojawiają się epizody, które zapowiadają, że dojdzie w końcu do takiego wydarzenia, które będzie tragiczne w skutkach dla wszystkich zamkniętych pod kloszem. I faktycznie, im dalej w fabułę tym więcej powiązanych ze sobą wypadków zapowiada koniec z fajerwerkami, że się tak wyrażę. W pewnym momencie nawet poczułam się trochę rozczarowana, bo myślałam, że zakończenie będzie wyglądać tak, że nikt nie przetrwa tego wydarzenia nie z tej ziemi. Nie było to zbyt przyjemnie przeświadczenie, gdyż po pierwsze z reguły nie lubię czytać czegoś, co kończy się prozaicznym "nikt nie przeżył". Zawsze uważała, że takie rozwiązanie akcji jest ze strony autora pójściem na łatwiznę. A po drugie w trakcie czytania bardzo emocjonalnie związałam się z losem kilkunastu bohaterów i myśl, że ich historia skończy się bez happy endu wydawała mi się bardzo przygnębiająca, a nawet nie w porządku wobec mnie, jako czytelnika. Jednak ostatecznie moje oczekiwania zostały spełnione, choć gdybym to ja konstruowała zakończenie troszeczkę bym je jeszcze ulepszyła - a mianowicie winnym zafundowała inną karę niż śmierć ;)
                   W każdym razie spędziłam z tą książką wiele niesamowitych godzin. W końcu to jednak prawie tysiąc stron. Czytałam w dzień, w nocy, na zajęciach. Czytałam zamiast pisać pracę dyplomową. Czytałam, bo działo się tak wiele. Dzięki tej powieści przeżywałam tak silne emocje, jak możliwe, że sami bohaterowie nie czuli.
                    Wystarczającą recenzją ten książki jest fakt, że jak już zamknęłam ją po przeczytaniu ostatniego zdania było mi niewymiernie smutno, że wiem już wszystko i nie ma niczego dalej.
                     Muszę przyznać jedno - King rządzi! Niepodzielnie! :)
                     

poniedziałek, 16 kwietnia 2012

Test e-booków

             Dziś w facebookowym konkursie udało mi się wygrać (jeśli można to tak nazwać) kod, dzięki któremu mam teraz możliwość przez 7 dni darmowo korzystać z bazy e-booków na pewnej stronie internetowej. Co prawda wybór publikacji nie jest zbyt szeroki, ale wygrana to wygrana :)
 
              Do tej pory zawsze wybierałam raczej książki w formie papierowej. Jakoś trudno mi sobie wyobrazić czytanie, kiedy nie będę mieć w ręku tomu i nie będę słyszeć szelestu kartek. Ponad to w czytaniu PDF-ów drażniące jest to, że co chwila trzeba przesuwać stronę, bo na pełnym ekranie dla mnie osobiście są za małe litery.

               Jednakże z drugiej strony wszyscy chwalą elektroniczne formy książek i są one coraz bardziej popularne, zatem mały test nie zaszkodzi. A z kodem na darmowy dostęp teraz jest na to najlepszy czas.

                Zatem następnym razem wnioski z lektury e-bookowych książek :)

sobota, 14 kwietnia 2012

Kinga ciąg dalszy

            Po lekturze „Skazanych na Shawshank” poczułam, że nie chcę się tak szybko rozstawać z Kingiem. A do tego pisząc ostatniego posta dotarłam do informacji, że opowiadania „Skazani…” wydawana jest teraz, jako część książki „Cztery pory roku”. Właśnie dlatego sięgnęłam po tą lekturę, z nadzieją, że znajdujące się tam opowieść tak samo pasjonujące, jak to, co już przeczytałam.

          
         W „Czterech porach roku” znajdują się, oprócz „Skazanych na Shawshank”, trzy opowiadania. Każde z nich przypisane jest do konkretnej pory roku – stąd tytuł całej publikacji. „Skazani…” figurują w rozdziale wiosna nadziei. Pozostałe zaś to:
ѽ   Lato zepsucia – „Zdolny uczeń”,
ѽ   Jesień niewinności – „Ciało”,
ѽ   Zimowa opowieść – „Metoda oddychania”.
Wszystkie cztery utrzymane są na tym samym, rewelacyjnie wysokim poziomie. Wciągające i świetnie napisane. Wszystkie były tak dobre, że wciąż zastanawiam się, które przypadło mi do gustu najbardziej. Myślę, że jednak „Metoda oddychania”.
Jest to powieść o klubie, w którym spotykają się wykształceni i dystyngowani panowie, aby oprócz spędzania wspólnie czasu, poczytać i opowiadać sobie wzajemnie niesamowite historie. Jednego, zimowego, wigilijnego wieczoru swoją opowieść przedstawia doświadczony lekarz, który w swej praktyce miał do czynienia z wieloma przypadkami i niespodziewanymi wydarzeniami. Jednakże w pamięć najbardziej zapadł mu przypadek młodej kobiety, który przyszła do niego, aby poprowadził jej ciążę. Są to, jednak czasy, kiedy niezamężna kobieta w ciąży nie jest dobrze traktowana przez opinię społeczną. Jednakże kobieta jest zdeterminowana i silna – postanawia urodzić swoje dziecko bez względu na przeszkody. Doktor, by pomóc jej jak tylko umie, uczy ją metody oddychania, którą dziś stosują wszystkie rodzące kobiety. Jednakże wtedy była to zdecydowana nowość, którą większość lekarzy uznawała za śmieszną i niepomocną. I wszystko idzie właściwie dobrze, aż do dnia porodu, kiedy na dworze szalej śnieżyca, a samotna, ciężarna kobieta jedzie do szpitala taksówką.
W tej historii najbardziej poruszyła mnie determinacja i siła młodej, samotnej, ciężarnej kobiety. Pomimo przeciwności i nieprzychylnym jej ludziom nie użala się ona nad sobą, ale pracuje i układa sobie plan na czas, kiedy jej dziecko już przyjdzie na świat. Żyła w społeczeństwie, gdzie samotne kobiety w ciąży dostawały etykietkę „puszczalskich” i niegodnych szacunku. Nikt, zatem, oprócz doktora, nie wyciągnął do niej pomocnej ręki. Zwolniona ją z pracy, kiedy szefowa zauważyła jej ciążę. Wypowiedziano jej mieszkanie, a żeby zdobyć nowe musiała kupić obrączkę w lombardzie i udawać wdowę. Na zakończenie nie ma słodkiego happy endu, jak w romansach, ale prawdziwy, życiowy dramat. Jednak ważne jest odwaga i nadludzkie poświęcenie kobiety, która dla swego dziecka gotowa była poświęcić wszystko. Piękne i zdecydowanie zachęcające do refleksji.
Kolejna opowieść, która bardzo mi się spodobała to „Zdolny uczeń”. Mówi o chłopcu, który wyśledził i postanowił poznać byłego hitlerowca, który pracował w obozach zagłady i przeprowadzał tam różnego rodzaju eksperymenty na więźniach. Ze względu na to, że chłopak jest bardzo zafascynowany hitlerowskimi obozami i wszystkim, co miało tam miejsce postanawia, że nie wyda mężczyzny władzom i policji, jednak pod warunkiem, że ten będzie mu opowiadał o tym, co widział i przeżył podczas pracy w lagrach. Niestety wraz z rozwojem tej dziwnej znajomości sytuacja obu bohaterów bardzo się kompiluje. I niestety nie są to jedynie takie problemy, jak słabe oceny chłopca, czy fałszowanie jego świadectw szkolnych, ale powtarzające się koszmary i inne straszne konsekwencje natury psychicznej.
Zakończenie również nie ma nic wspólnego ze radością i szczęściem. Jednak cała opowieść porusza i pokazuje, że tematy przesiąknięte złem, nawet, jeśli jedyna styczność jaką się z nimi ma to słuchanie zwierzeń starego człowieka, nie pozostają bez wpływu na psychikę i postrzeganie świata przez młodego człowieka. W każdym razie na pewno warte przeczytania.
Ostatnią powieścią jest „Ciało” – historia opowiadana przez znanego autora książek, który w dzieciństwie, wraz z trójką najlepszych kolegów postanowił się wybrać na wyprawę, której uwieńczeniem ma być odnalezienie ciała niedawno zmarłego chłopca. Został on zbity przez pociąg, a jego martwego ciała jeszcze nie odnaleziono. Dlatego też chłopcy postanawiają, że to oni znajdą ciało, zawiadomią policję i zgarną nagrodę. Nie wszystko idzie jednak zgodnie z planem chłopców.
Opowieść skupia się bardziej na przeżyciach z samej podróży, którą bohaterowie odbyli, aby w końcu dotrzeć w miejsce, gdzie leżał martwy chłopiec. A właściwie na przeżyciach samego narratora.
To opowiadanie chyba najmniej przypadło mi do gustu, choć odnalazłam tam rozważanie, z którym nie mogłam się nie zgodzić. Dotyczyło ono zwierzania się innym ze swoich najintymniejszych myśli, a przede wszystkim strachów i obaw.
„O najważniejszych sprawach najtrudniej opowiedzieć, ponieważ słowa pomniejszają je. Trudno sprawić, by obcy zaczęli cenić to, co jest dla ciebie najważniejsze.”
Cała publikacja ostatecznie zasługuje na najwyższą ocenę. Jest genialnie napisana, porusza wiele ważnych tematów, a przede wszystkim prezentuje wspaniałe, zaskakujące historie. Z każdą przeczytaną stroną coraz mocniej zakochiwałam się w twórczości Kinga. I myślę, że to nie będzie ostatnia jego książka, po którą sięgnę.

wtorek, 20 marca 2012

Wiosna :)

         Muszę szczerze przyznać, że pięknie świecące w moje okno słoneczko i wyższe temperatury wpłynęły na mnie bardzo pozytywnie. Znowu mam chęć się uśmiechać, wstawać rano z łóżka nawet jak nie mam nic do zrobienia danego dnia. A co najważniejsze odzyskałam energię do działania, do robienia rzeczy, o których już zapomniałam, że przynoszą mi radość. 
            Ta piękna pogoda pchnęła mnie również w kierunku osiedlowej biblioteki, gdzie chciałam znaleźć coś ambitnego, jak "Boska komedia". Chyba na szczęście nie było jej tam tego dnia. Za to był Stephen King i zachęcająca okładka.


               "Skazani na Shawshank" to krótka historia człowieka, który za niewinność trafił do więzienia i przez lata musiał tam żyć i walczyć, mając za druha tylko nadzieję, że któregoś dnia los się odmieni i znowu stanie się wolnym człowiekiem. Historia, choć krótka, niesie ze sobą znaczący przekaz, że można osiągnąć to, czego się chce, jeśli się wierzy i ma się determinację do walki. Andy, główny bohater, miał poczucie swojej niewinności i marzenie o założeniu pensjonatu. 
               Oprócz zwykłej przyjemności z czytania, znalazłam też w opowiadaniu cytat, który pozostanie ze mną na długo:
             "Niektóre ptaki nie nadają się do życia w klatce, to wszystko. Ich pióra są zbyt barwne, śpiew zbyt słodki i głośny. Dlatego wypuszczacie je albo same wylatują, gdy otwieracie klatkę, żeby je nakarmić. I ta część was, która wie, że nie powinniście ich więzić, raduje się, a jednak po ich zniknięciu wasze mieszkanie jest o wiele smutniejsze i puste."

               "Skazani na Shawshank" - bardzo przyjemna opowieść, jak znalazł na wiosnę, która kojarzy się z nadzieją i nowym życiem. A do tego tak absorbująca, że dopiero czytając ostatnie zdania uświadomiłam sobie, że kiedyś, dawno oglądałam ekranizację ;) 

wtorek, 6 marca 2012

...bo czas tak szybko przemija...

Aż trudno uwierzyć, że już marzec. Jeszcze trudniej mi się nadziwić, że przez cały ten czas od początku rok miałam tak wiele zajęć, że udało mi się sięgnąć tylko do jednej książki.
Trudno mi sobie przypomnieć, co tak naprawdę pchnęło mnie do przeczytania tej powieści. Wiem tylko tyle, że do momentu przewrócenia pierwszej strony sądziłam, że to nużąca, zbyt długa i na pewno nie ciekawa pozycja. Jednak ostatecznie doszłam do wniosku, że w końcu przecież popieram zasadę, że nie można oceniać książki dopóki się jej nie przeczyta. I właśnie, dlatego w moich rękach znalazły się dwa pięknie wydane tomy powieści Margaret Mitchell „Przeminęło z wiatrem”.


Zaczynając lekturę nie wiedziałam o niej nic ponad to, że opisuje losy piękności z Południa Scarlett O’Hary oraz, że jej historię osadzono w czasach wojny secesyjnej. Zapewne nie jest to chluba nie znać klasyków literatury, ale jak już wspominałam kiedyś nie zwykłam czytać czegoś tylko dlatego, że ktoś, gdzieś „na górze” uznał, że powinno się to znać. Tak samo, jak nie odrzucam tego, co inni uznali za nieprzypadające do gustu.
W każdym razie zaczynałam bez uprzedzeń i bez zbytniego również entuzjazmu. I trudno powiedzieć, czy to dzięki temu, czy po prostu dzięki sile tej prozy, ale bez dwóch zdań zakochałam się w „Przeminęło z wiatrem”! Zatopiłam się w powieści bez reszty z nadzieją, że może ta historia nigdy się nie skończy. Oczarowało mnie Południe, bogaci i dumni ludzie cieszący się życiem i wydający wielkie bale i zabawy. Byłam tym pochłonięta tak mocno, że czytając zazdrościłam bohaterom, że mogli żyć w takich czasach. A nawet tak, że kiedy księga pierwsza dobiegła końca i jasne stało się, że od tego momentu Scarlett i wszyscy południowcy stracą cały ten przepych i piękno, jakie wokół siebie zbudowali, było mi szczerze żal i bałam się, że dalsza część przeniesie tylko nudne opisy wojny i strachu, jaki ona niesie.
Pomyliłam się jednak bardzo. Z każdym rozdziałem jest coraz ciekawiej, a ponad to nie można przewidzieć, przed jakimi trudami stanie Scarlett i jaki będzie jej sposób, aby temu sprostać. Mogę nawet powiedzieć, że dopiero po zakończeniu pierwszej księgi zaczęłam powoli darzyć sympatią Scarlett. Początkowo była jedynie rozwydrzoną dziewczynką wychowaną wśród usługującej jej służby, bogactwa rodziców i nadskakujących jej zauroczonych chłopców. Była niezbyt mądrą, wciąż knującą intrygi nieodpowiedzialną panienką, która nie zdawała sobie sprawy z oczywistości – że większość tego, co planowała zrobić było nierozważne i kończyło się dla niej źle. Jednak, gdy Scarlett została 17-letnią wdową z dzieckiem zaczęłam jej współczuć. Została sama, przez nikogo niezrozumiana z mnóstwem zakazów i surowych zasad wokół. A kiedy pomimo bólu i żalu po stracie matki dzielnie i z uporem własnymi rękami i niezłomnym charakterem odratowała ukochaną ziemię i swoją rodzinę, która do tego uważała ją za okrutną i bezwzględną zaczęłam darzyć ją szacunkiem. I polubiłam Scarlett O’Harę, nawet pomimo jej błędów i częstej lekkomyślności. Choć często przyłapywałam się na tym, że czytając powtarzałam pod nosem „nie rób tego Scarlett, tylko tego nie rób” to rozumiałam jej położenie. Zawsze samotna, niezrozumiana, brutalnie, w jednej chwili pozbawiona matki i wszystkiego, co było jej drogie i dawało poczucie bezpieczeństwa.
Aż do końca rozumiałam i akceptowałam wszystko oprócz jej naiwnej, młodzieńczej miłości do Ashleya. Od początku, gdy tylko odrzucił jej względy podczas barbecue w Dwunastu Dębach liczyłam, że szybko wyrzuci go ze swego serca. Ona jednak była uparta w swym naiwnym uczuciu aż do końca. Miała Retta, miała wszystko, co zaplanowała, że będzie mieć, a mimo to wciąż marzyła skrycie o Ashleyu i zbyt późno doszła do wniosku, że nie tak powinna była zrobić.
Dzięki „Przeminęło z wiatrem” spędziłam wiele godzin w Ameryce lat 80 odcinając się od mojej rzeczywistości – od zimy, szkoły, egzaminów. Zabierałam tą książkę ze sobą wszędzie, aby podczas każdej wolnej minuty móc wrócić ze Scarlett do Atlanty. I teraz po tych wszystkich godzinach z walczącym Południem wiem, że od dziś „Przeminęło z wiatrem” trafiło na moją prywatną listę klasyków, do których na pewno będę wracać z chęcią.
Muszę też dodać, że do głębi oczarowana książką postanowiłam też zobaczyć jej ekranizację, by zobaczyć, czy owszem jest taka wspaniała, jak to wszędzie pisano. Rozczarowałam się jednak, choć mocno mnie to nie zdziwiło. Jestem, bowiem zdecydowaną orędowniczką czytania i nawet o tych ekranizacje, które lubię i do których często wracam, nigdy nie powiem, że są lepsze od książek. Nic nie może zastąpić tego wspaniałego uczucia, gdy otwierasz książkę, by mogła opowiedzieć ci swoją historię. I nic nie jest tak cudowne jak szeleszczenie przewracanych kartek i ich zapach. Nic! Żaden film.